Rozkazał założyć podsłuch w obu pokojach zajmowanych przez podejrzanych. Unijne Centrum do Walki z Terroryzmem doniosło mu o obecności w Stambule ludzi, którzy prawdopodobnie zamierzają dokonać zamachu terrorystycznego i informacja okazała się prawdziwa i dokładna. Najpierw powiadomiono o przybyciu jednego z młodych ludzi, potem zjawiły się w Stambule dwie kobiety i jeszcze jeden chłopak.

Zainstalował się wraz z liczną grupką podkomendnych w pokojach hotelowych sąsiadujących bezpośrednio z pokojami podejrzanych.

– Idę do biura – rzucił do jednego ze swoich ludzi. – Szef powinien wiedzieć, co knują ci szaleńcy. Będziemy musieli porozmawiać z Brukselą.

– Powinniśmy ich aresztować – powiedział jeden z funkcjonariuszy.

– Nie, polecono nam nic nie robić, mamy czekać i sprawdzić, czy skontaktują się z pozostałymi terrorystami.


Gdy godzinę później Hans Wein przeczytał świeżo nadesłany zapis rozmowy przeprowadzonej przez Ilenę Milojević, jej brata, kuzyna i kuzynkę, wzdrygnął się i natychmiast zadzwonił do Lorenza Panetty.

– Wysyłam ci przez dział bezpieczeństwa zapis pogawędki tej Ileny i jej ludzi. Chyba powinieneś jechać do Stambułu. Nie uwierzysz, ale oni zamierzają wysadzić w powietrze relikwie. Mahometa.

– Jak to? – Panetta nie krył zdumienia.

– Podobno w jednej z sal dawnego pałacu sułtanów w Stambule przechowywane są relikwie Mahometa. Trzymają tam włosy z jego brody, miecze, list pisany na pergaminie i, co chyba najważniejsze, jego płaszcz. Dziewczyna chce to wszystko zniszczyć, choćby za cenę własnego życia.

– Wielki Boże! To rozwścieczyłoby islamskich fundamentalistów. Wolę nie myśleć, co mogliby zrobić w odwecie za taki zamach!

– Nietrudno sobie to wyobrazić. Ale mieliśmy szczęście… tak, przyznaję, że wszystko dzięki tobie i uporowi, z jakim domagałeś się śledzenia tego starego hrabiego. Teraz już wiemy, w co zamieszany jest Karakoz.

– Nie, nie wiemy, odkryliśmy tylko część planu zamachowców, nie mamy natomiast pojęcia, co chcą zrobić w Rzymie. Przypominam ci, że hrabia w rozmowie z Salimem al-Bashirem wspomniał o trzech operacjach… Błagam, Hans, porozmawiaj z Brytyjczykami, by pozwolili Włochom śledzić al-Bashira!

Hans Wein milczał przez kilka sekund, które Lorenzowi Panetcie wydały się wiecznością.

– Dobrze, porozmawiam, ale decyzja będzie należała do nich. Nie mogę ryzykować, nakazując śledzenie poważanego profesora, doradcę brytyjskiego rządu.

– Więc dzwoń do Londynu, nie trać więcej czasu! Jestem pewien, że ten al-Bashir nie jest tym, za kogo się podaje!

– Tak twierdzi ojciec Aguirre, ale nie sugeruj się jego zdaniem, postaraj się chłodno myśleć, choć przypuszczam, że ten jezuita jest tam z tobą. Watykan nie przestaje na mnie naciskać, bym informował ich co godzinę o postępach w śledztwie. Ten jezuita przekonał ich, że dojdzie do wielkiego zamachu na Kościół, a tu proszę, okazuje się, że będzie zamach, ale na islam.

– Wiesz, Hans, ojciec Aguirre wcale się nie pomylił. Powiedział, że Ilena jedzie do Stambułu dokonać zamachu, i taka jest prawda. Moim zdaniem nie powinieneś siedzieć z założonymi rękami, bo jeśli Salim al-Bashir zmajstruje coś w Rzymie… cała wina spadnie na ciebie. Cóż, ty decydujesz…

– Chcesz przez to powiedzieć, że nie podoba ci się mój sposób prowadzenia śledztwa?

– Chcę przez to powiedzieć, że choć raz mógłbyś nie zachowywać sięjak polityk, który boi się popełnić błąd i pogrzebać swoją karierę.

– Porozmawiam z Brytyjczykami, a ty skontaktuj się z tureckim pułkownikiem odpowiedzialnym za śledztwo w Stambule, niejakim Halmanem – odparł Hans Wein wyraźnie urażony.

Lorenzo Panetta odwiesił słuchawkę i zapalił papierosa. Następnie zaczął przekazywać Matthew Lucasowi i ojcu Aguirre doniesienia Hansa Weina:- Miał ojciec rację, dziewczyna pojechała do Stambułu dokonać zamachu; podobno chce zniszczyć relikwie Mahometa przechowywane w jednym z tamtejszych pałaców.

– W pałacu Topkapi – stwierdził z posępną miną jezuita. – Jeśli ta dziewczyna zrealizuje swój plan… świat stanie na głowie. Islamiści w odwecie przypuszczą atak na kościoły, poleje się krew niewinnych ludzi. Mój Boże, ktoś, kto to wszystko zaplanował, chce doprowadzić do konfliktu między chrześcijanami i muzułmanami!

– Może wybuchnąć wojna – przyznał Matthew Lucas. – Jeśli zapałka zostanie zapalona, pożaru nie da się ugasić.

– A to sobie hrabia wykombinował! – mruknął Panetta z gniewną miną.

– Oto jego zemsta na Kościele: doprowadzić do wojny na tle religijnym – szepnął ojciec Aguirre.

– Hans wysyła mnie do Stambułu, ale chyba lepiej zrobię, zostając tutaj…

– Moi przełożeni nie muszą słuchać Hansa Weina. Zdzwonię do Waszyngtonu i poradzę, by nasi ludzie w Rzymie zaczęli śledzić Salima al-Bashira.

– Matthew, nie możecie tego zrobić bez naszego udziału. To chyba nie najlepszy moment, by wywoływać wojnę między agencjami wywiadowczymi. Przypominam panu, że to śledztwo unijnego Centrum do Walki z Terroryzmem i że idziemy wam na rękę, informując pańskich przełożonych o postępach w dochodzeniu. Jestem wdzięczny za pana osobiste zaangażowanie, ale gorąco proszę, by nie podejmował pan żadnej decyzji bez Hansa Weina.

– Przecież pan to robi – zbuntował się Matthew Lucas.

– Tak, to prawda, ale narażam własną karierę, nic więcej. Natomiast jeśli pańscy przełożeni zaczną się wtrącać do prowadzonego przez nas śledztwa, wywołają konflikt między wywiadem europejskim i amerykańskim, a tego rodzaju konflikty są trudne do załagodzenia.

– A jednak Matthew ma trochę racji – wtrącił się do rozmowy ojciec Aguirre. – Pański szef, pan Wein, jest uparty i nie słucha żadnych argumentów.

– Hans Wein jest zawodowcem, który nie chce popełnić błędu ani złamać regulaminu, więc postępuje jak należy – stanął w obronie szefa Lorenzo Panetta.

Minutę później Panetta telefonował do pułkownika Halmana z tureckiego kontrwywiadu.

Halman zapewnił go, że namierzył już zamachowców i w każdej chwili może ich aresztować. Panetta poprosił, by wstrzymał się z tym do ostatniej chwili, do dnia zamachu.

– Aresztując ich już teraz, zaalarmuje pan tych, którzy za nimi stoją, a wszystko wskazuje na to, że przygotowywane są jeszcze inne zamachy. Dlatego na razie proszę zostawić podejrzanych w spokoju, w naszym interesie jest, by czuli się pewnie. Co może pan powiedzieć o ludziach Karakoza?

Turek poinformował, że zatrzymali się w tym samym hotelu i wydają się bawić w aniołów stróżów zamachowców. Na razie nie zorientowali się chyba, że są obserwowani.

– Proszę uważać, to zawodowcy, mogą zauważyć, że ich śledzicie.

Ale pułkownik Halman zapewnił Panettę, że jego podkomendni znają się na swojej robocie, i zapytał, czy ma również aresztować ludzi Karakoza.

– Tak, proszę ich aresztować, ale niech pan zaczeka, aż dam panu znać.


38

Raymond de la Pallisiere z przyjemnością patrzył na turystów, którzy z racji zbliżających się świąt wielkanocnych przybyli tym razem liczniej niż zwykle.

Od lat raz w tygodniu udostępniał zamek zwiedzającym. Szkoły, koła emerytów i zwykli turyści objeżdżający okolicę przybywali tu zwiedzać jeden z najstarszych i najlepiej zachowanych zamków w Oksytanii. Pozwalało to zresztą hrabiemu płacić mniejsze podatki, bo zamek został wciągnięty na listę francuskich zabytków.

Towarzysząca hrabiemu Catherine zauważyła satysfakcję, z jaką ojciec obserwuje zauroczonych turystów.

– Jesteś bardzo dumny z zamku, prawda?

– Jestem bardzo dumny z tego, że jestem przedstawicielem jednego z najznamienitszych rodów we Francji. Tak, jestem dumny z naszej przeszłości, i mam nadzieję, że będę również mógł być dymny z tego, co zrobimy w przyszłości. Catherine, odziedziczysz to wszystko i liczę, że z czasem pokochasz nasz zamek i tę ziemię równie mocno jak ja.

Dziewczyna ścisnęła go czule za ramię najwyraźniej wzruszona pasją, z jaką wymówił te słowa, on jednak nie zwrócił uwagi na jej gest, bo Catherine poczuła nagle, jak zastyga. Podążyła za jego spojrzeniem, lecz nie zauważyła niczego szczególnego w grupce turystów. Jednak hrabia wyglądał, jakby zobaczył ducha.

– Co się stało? – zapytała zaintrygowana.

Zanim hrabia zdążył odpowiedzieć, podszedł do nich mężczyzna w średnim wieku z ironicznym uśmiechem na ustach.

– Hrabia d’Amis? – zapytał.

– Tak… – odparł niepewnie Raymond de la Pallisiere.

– Miło mi pana poznać, choć w gruncie rzeczy już się znamy. Przedstawiono sobie nas kilka miesięcy temu na odczycie poświęconym wyprawom krzyżowym. Przypomina pan sobie? Jestem znajomym profesora Beauvoira…

Catherine wyczytała z twarzy ojca, że nie ma pojęcia, o jakim profesorze mówi gość.

– Ach, tak, oczywiście! Bardzo mi miło. Gdy tylko pana zobaczyłem… tak… pomyślałem, że skądś pana znam… Podoba się panu zamek?

– Jest oszałamiający.

– Mógłbym pana zaprosić na herbatę? Chciałbym usłyszeć, jak się miewa profesor Beauvoir.

– Dziękuję, z przyjemnością napiję się z panem herbaty.

– Proszę za mną – rzucił hrabia, kierując się w stronę biblioteki.

Catherine miała wrażenie, że została potraktowana jak powietrze. Wydawało się, że hrabia zapomniał nagle o jej istnieniu. Wizyta nieznajomego wyraźnie go poruszyła, choć starał się nie dać tego po sobie poznać.

– Powiem Edwardowi, by przyniósł nam herbatę – powiedziała.

Hrabia zatrzymał się w pół kroku, a nieznajomy zaczął jej się przyglądać z zaciekawieniem.

– Nie trzeba… sam mu powiem… Przedstawiam panu moją córkę Catherine. Przyjechała mnie odwiedzić.

Zdziwiło ją, że tłumaczy się przed nieznajomym, który tymczasem mierzył ją spojrzeniem od stóp do głów.

– To pańska córka? Bardzo mi miło, droga pani.

– Cała przyjemność po mojej stronie, panie…

– Brown.

– Cieszę się, że podoba się panu zamek, panie Brown.

– Catherine… jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałbym pogawędzić chwilę z panem Brownem o… o naszym wspólnym znajomym, profesorze Beauvoirze. Nie masz nic przeciwko temu, prawda? Zobaczymy się na obiedzie.

Catherine przytaknęła i wmieszała się w grupę turystów, którzy słuchali wyjaśnień przewodnika na temat siedemnastowiecznego arrasu przedstawiającego scenę z polowania.

Raymond i pan Brown szli właśnie do biblioteki, gdy majordomus Edward, obdarzony wyjątkowym instynktem pozwalającym mu wyczuć, kiedy hrabia go potrzebuje, wyrósł przed nimi jak spod ziemi.

– Ach, Edwardzie, dobrze, że cię widzę! Przenieś nam, proszę, herbatę do biblioteki. A może woli pan kawę, panie Brown?

– Poproszę o kawę, amerykańską, jeśli można, bo tutejsza kawa jest bardzo mocna.

– Oczywiście, proszę pana – oznajmił Edward i znikł równie szybko, jak się pojawił.

Znalazłszy się w bibliotece, za zamkniętymi drzwiami, mężczyźni przeszyli się wzrokiem. W oczach Raymonda malował się lęk, spojrzenie Browna było ironiczne.

– Widzę, że nieźle pana wystraszyłem. Przepraszam, ale chciałem z panem porozmawiać, a coś mi się wydaje, że ostatnimi czasy nie można ufać telefonom.

– Dzwoniłem do pana, Łączniku.

– Wiem, wiem, ale coś panu powiem… Ludzie, których reprezentuję, robią interesy na całym świecie, co zmusza mnie do jeżdżenia z miejsca na miejsce. A tak w ogóle, ma pan ładniutką córkę, nie wiedziałem, że jest tu z panem, myślałem, że mieszka z Stanach.

– Mieszka w Stanach, ale jej matka umarła i Catherine przyjechała zwiedzić Francję.

– Z moich raportów na pana temat wynikało, że nie utrzymuje pan stosunków z żoną ani córką…

– Bo tak rzeczywiście było, ale jak już panu mówiłem, moja żona umarła i Catherine przyjechała do Francji poznać miejsca związane z młodością matki. Nie powiem, by dawne niesnaski między nami poszły w niepamięć, ale przynajmniej odzywamy się do siebie.

– Wzruszające…

– Co się dzieje, Łączniku?

– Proszę mnie nie nazywać Łącznikiem, tutaj jestem dla pana panem Brownem.

– Choć to nie jest pana prawdziwe nazwisko.

– Ach nie? Grunt, że mnie się podoba. No dobrze, ale do rzeczy. Za dwa dni mamy Wielki Piątek, czy wszystko gotowe do godziny zero?

– Tak. Zamachowcy przystąpili do akcji. A jeśli chodzi o Stambuł, dziewczyna jest już na miejscu. Ludzie Jugola pilnują jej w dzień i w nocy. Nie mam wątpliwości, że wysadzi się w powietrze razem z tymi wszystkimi relikwiami.

Rozległo się delikatne pukanie do drzwi i obaj mężczyźni natychmiast zamilkli. Weszła służąca z tacą, którą położyła na niskim stoliku, po czym, upewniwszy się, że hrabia nie ma dla niej więcej poleceń, wyszła.

Raymond nic nie powiedział, choć zdziwił się, bo oczekiwał Edwarda, nie służącej. Gdzie podział się majordomus?

– W unijnym Centrum do Walki z Terroryzmem praca wrze – powiedział mężczyzna, który przedstawił się jako pan Brown. – Ale z tego, co mi wiadomo, tamtejszy dyrektor, Hans Wein, uznał śledztwo w sprawie frankfurckiego zamachu za ściśle tajne i nawet jego najbliżsi współpracownicy nie wiedzą nic o ostatnich postępach. To mnie niepokoi.

– Dlaczego? Przecież i tak nie zdołają powiązać nas z wydarzeniami we Frankfurcie.

– Tak, to mało prawdopodobne, choć błędem jest niedocenianie inteligencji przeciwnika. W ten sposób możemy się potknąć…

– Nie ma mowy o żadnych potknięciach. Chyba nie zacznie pan panikować akurat teraz.

– Ja nie panikuję, to raczej pan powinien poczuć panikę na myśl, że coś mogłoby pójść nie tak.

– Wszystko pójdzie po naszej myśli. Z kawałków krzyża przechowywanych w Santo Toribio nie zostanie nawet drzazga, o zamach w Grobie Pańskim jestem również zupełnie spokojny. Korzyść z islamskich fundamentalistów jest taka, że są gotowi zginąć w akcji, co jest najlepszą gwarancją sukcesu.

– A Rzym?

– Bazylika Świętego Krzyża Jerozolimskiego również wyleci w powietrze. Chrześcijanie nie będą mogli przeboleć utraty swych relikwii, resztek tego ich przeklętego krzyża… – prychnął hrabia. – Zresztą stracą nie tylko kilka kawałków drewna: w rzymskiej bazylice przechowywane są również dwa kolce z korony cierniowej Chrystusa, gwóźdź z krzyża, fragment tabliczki z napisem INRI, palec świętego Tomasza, którym niewierny apostoł dotknął ran Jezusa… Zabobony, same zabobony, istny ciemnogród…

– Wszystkie zamachy planowane są na tę samą godzinę?

– Nie, każda komórka wybierze najwłaściwszy moment. Najważniejsze jest powodzenie operacji. Zresztą wrażenie będzie większe, jeśli najpierw wyleci w powietrze Santo Toribio lub Grób Pański, a dopiero potem bazylika w Rzymie. Tegoroczny WielkiPiątek będzie bardziej niż kiedykolwiek dniem żałoby dla świata chrześcij ańskiego.