Rankiem próbował skusić go propozycją, którą Arnaud prawie przyjął.

– Chcę, by napisał pan historię katarów, nową historię katarów; by przeprowadził pan niezbędne badania, przeszukał archiwa, wykorzystał kronikę brata Juliana, i jeśli uważa pan, że to wszystko bajki, by przyczynił się pan do rozwiania wątpliwości związanych z Graalem. Ale przede wszystkim, by ustalił pan z historycznego punktu widzenia, ile może być w tych graalowych pogłoskach prawdy. Porozmawiam z pana przełożonymi, poproszę, by zwolniono pana na jakiś czas z akademickich obowiązków. Koszty biorę oczywiście na siebie.

Ferdinand, chcąc się uwolnić od natarczywego hrabiego, obiecał, że przemyśli jego propozycję. Potem schronił się w swym pokoju. Tego ranka nie spotkał nikogo z gości oprócz adwokata Saint-Martina i profesora Marbunga.


Mały Raymond znów zaprosił Davida na wyprawę do stajni.

– Wczoraj pytałeś o nazistów. Dlaczego?

– Nie wolno mi o tym rozmawiać – odpowiedział Raymond.

– Czemu?

– Twój tata cię bije?

– Nie! Nigdy! Czasami mnie ukarze, ale bić… Nigdy mnie nie uderzył. A twój tata cię bije?

Raymond nie odpowiedział od razu, wyciągnął tylko rękę ku grzbietowi kasztanowej klaczy.

– Muszę się nauczyć… Muszę się nauczyć brać na siebie odpowiedzialność. Jeśli nie robię tego dobrze, zasługuję na karę.

– Zależy na jaką – stwierdził David.

– Niektóre osoby są… są inne, należą do szczególnej rasy. I… właśnie… ja… ja należę do tych osób, tak jak mój tata, jak pan Saint-Martin i znajomi taty. Co do ciebie, sam nie wiem… nie wyglądasz na jednego z nas, a twój tata…

– Jestem dumny z mojego taty, choćby dlatego, że jest demokratą – obruszył się David, zapominając, że rozmawia z dziesięciolatkiem.

– Demokraci, socjaliści i komuniści to nowotwór społeczny, podobnie jak Żydzi – wyrecytował Raymond.

David nie poczułby się straszniej, nawet gdyby go spoliczkowano. Zeszłej nocy ojciec polecił mu, by nie wdawał się w dyskusje z tymi ludźmi, on jednak chciał wiedzieć, pytać… Z całego zamkowego towarzystwa tylko Raymond zwracał na niego uwagę i właśnie wypowiedział przeklęte słowo „Żyd”.

– Ja jestem Żydem – rzucił hardo. – I nie jestem żadnym nowotworem.

Raymond w pierwszej chwili zmartwiał, potem przygryzł wargę i puścił się biegiem w stronę zamku. Bał się gniewu ojca, bo może znowu za dużo powiedział, a przecież po wczorajszym laniu piekły go jeszcze pośladki – ojcowski pas zdarł z nich skórę i materiał spodni dotkliwie drażnił bolące miejsce. W bramie zamku malec wpadł na profesora Marbunga.

– To Żydzi! – wykrzyknął.

– Żydzi? Kto? – spytał niespokojnie profesor.

– On i jego tata. Sam się przyznał – dodał malec, wskazując na stajnie, na tle których odcinała się sylwetka Davida.

Profesor Marbung i Raymond weszli do zamku i udali się do hrabiego d’Amisa, którego zastali w gabinecie gawędzącego z Saint-Martinem.

– Hrabio! Pański syn powiedział mi właśnie coś przerażającego!

Ton profesora Marbunga tak wystraszył obu mężczyzn, że zerwali się z miejsc w przeczuciu jakiegoś nieszczęścia.

– Co się stało? Raymondzie, co ci jest?

– To Żydzi – powtórzył malec. – David sam się przyznał.Hrabia d’Amis zacisnął pięści, próbując zapanować nad złością.

– To zmienia postać rzeczy - mruknął adwokat.

– Za nic nie będę współpracował z Żydami. Nie pozwolę, by jakiś parszywy starozakonny został wtajemniczony w nasze plany… Zacząłem już coś podejrzewać, gdy ten profesorek z uporem maniaka odwodził nas od poszukiwania Graala! – rzucił z furią Marbung.

– A jednak… popełnilibyśmy błąd, rezygnując z pomocy takiego specjalisty. Zresztą jego dawny promotor z uniwersytetu w Tuluzie nie wspomniał, by Ferdinand Arnaud był Żydem… tłumaczył hrabia.

– Raymond dowiedział się tego od jego syna… – przekonywał adwokat. – Sprawa jest więc chyba oczywista.

Nikt nie zauważył Davida, który obserwował ich od progu z oczami pełnymi wściekłości i wzgardy.

– To ja jestem Żydem, nie mój ojciec.

Odwrócili się zaskoczeni i zmieszani nieoczekiwanym pojawieniem się nastolatka. Od jak dawna tam stoi, słuchając ich rozmowy?

– Młody człowieku, nie uczono cię, że to brzydko podsłuchiwać pod drzwiami? – rzucił w końcu hrabia.

– Drzwi były otwarte, zresztą muszę tędy przejść w drodze do swojego pokoju.

– Tak czy owak, dżentelmeni nie podsłuchują cudzych rozmów. Jednak skoro już pan to zrobił, proszę do nas – zwrócił się do niego hrabia rozkazującym tonem.

David wszedł niepewnym krokiem. Najchętniej pobiegłby do ojca, bał się jednak sprzeciwić hrabiemu.

– Usiądź, młody człowieku.

Raymond, adwokat Saint-Martin i profesor Marbung czekali w napięciu na słowa d’Amisa, który powiedział:

– Cóż, wie pan zapewne, młody człowieku, że niektórzy ludzie mają uprzedzenia i nie lubią Żydów, obwiniają ich bowiem o pewne przykre rzeczy dziejące się na świecie. Mnie jednak mało obchodzi zdanie innych, obchodzi mnie natomiast historia i chcę, by pański ojciec wziął udział w moim projekcie, bez względu na to, czy jest, czy nie jest Żydem.

– Pański syn mówi, że Żydzi to nowotwór społeczny.

– Mój syn ma dziesięć lat, przysłuchuje się rozmowom, których nie rozumie, i w rezultacie zachowuje się nieraz… że tak powiem… nieroztropnie. Młody człowieku, proszę pana w jego imieniu o wybaczenie.

David nie wiedział, co odpowiedzieć. Wbił wzrok w profesora tylarbunga w nadziei, że da mu on jakikolwiek pretekst, by wstać i unieść się gniewem.

Jednak profesor nie wyglądał na zainteresowanego utarczką – niewidzącym wzrokiem śledził esy-floresy unoszące się z jego cygara.

– Lepiej poszukam ojca. – To była jedyna odpowiedź, jaka przyszła Davidowi do głowy.

– Oczywiście, proszę tylko nie zawracać mu głowy zwykłymi nieporozumieniami.

David odwrócił się i ruszył ku schodom, licząc, że zastanie ojca w pokoju. Chciał go poprosić, by jak najszybciej opuścili zamek, choćby na piechotę.


– Ach, już jesteś! – Ferdinand leżał na łóżku zatopiony w lekturze. Na jego twarzy malowało się znużenie. – Przykro mi, że nie możemy wyjechać już teraz. Obawiam się, że będziemy musieli jeszcze zjeść z tymi ludźmi obiad.

– Oni mówią, że Żydzi to nowotwór – odparł David ze wzburzeniem.

Ferdinand uniósł się niespokojnie. Widział, że jego syna coś dręczy.

– Co ty wygadujesz?

– To Raymond… Ten chłopiec mówi na głos to, czego jego ojciec i cała reszta nie mają odwagi powiedzieć – wyjaśnił David. – Według nich największym grzechem jest bycie demokratą i Żydem. Usłyszałem też niechcący ich rozmowę. Profesor Marbung powiedział, że skoro jesteś Żydem, nie będzie z tobą współpracował, i że chcesz im przeszkodzić w odnalezieniu Graala.

– Co za bzdury! W tej chwili idę porozmawiać z hrabią. Możemy wyjechać wcześniej, wymienimy bilety na dworcu.

David zdawał się odzyskiwać spokój, choć Ferdinand widział, że jego syn cierpi – chłopiec poczuł się nagle jak odmieniec, wyrzutek społeczny.

– Co jest złego w byciu Żydem? Dlaczego tylu ludzi nas nienawidzi?

– Ignoranci nienawidzą tego, czego nie znają. Zresztą historia Europy obfituje w plugawe wydarzenia: inkwizycja, pogromy… Zyd to cudzoziemiec lub ktoś inny, na kogo można zrzucić winę za zło nękające świat. To wymówka, której używają rządzący, by odwrócić uwagę od swoich powinności i skierować ją na społeczeństwo. Poza tym ostrzą sobie zęby na żydowski majątek i wolą wymigać się od spłaty pożyczek zaciągniętych u wspólnoty staro-zakonnej.

– Dziadkowie nie są bogaci, ciocia Sara też nie… – mruknął David.

– To prawda. Nie była też bogata większość Żydów spalonych na stosach. Największa przewrotność oprawców polega na przekonaniu ofiary, że zawiniła i musi ponieść karę. Ofiara godzi się z tym w głębi duszy i zastanawia, na czym polega jej grzech. Nie, synku, nie pytaj, dlaczego naziści prześladują ciocię Sarę, w czym zawinili twoi dziadkowie i czym ty sam zasłużyłeś sobie na ludzką nienawiść. Już samo takie pytanie jest potwornością.

– Nadal jednak nie rozumiem, skąd się ta nienawiść bierze. Nie wyobrażasz sobie, z jaką pogardą Raymond powiedział, że Żydzi to nowotwór społeczny, a profesor Marbung… Profesor Marbung jest chyba najgorszy z nich wszystkich.

Rozmowę przerwało delikatne pukanie do drzwi. Majordomus przekazał im prośbę hrabiego, by przyszli do bawialni.

Ferdinand westchnął. Miotał się między pragnieniem zbadania kroniki brata Juliana a potrzebą ucieczki z zamku. Dusił się w jego murach.

D’Amis czekał na nich w salonie w towarzystwie Raymonda i adwokata Saint-Martina.

Ferdinand dostrzegł, że mimo pozornej pewności siebie hrabia podświadomie zaciska i otwiera nerwowo prawą pięść.

Z twarzy Raymonda wyczytać można było ból i strach, choć jednocześnie patrzył na Davida z wyraźnym wyrzutem.

– Profesorze, rozmawiałem już z pańskim synem i przeprosiłem go, teraz chcę prosić o wybaczenie również pana. Przyznaję, że zachowanie Raymonda i jego uwagi były karygodne i zupełnie nie na miejscu. Proszę wybaczyć zniewagę jemu, a również i mnie. Nie chciałem panów, broń Boże, urazić, szczerze mówiąc, zrażanie sobie pana nie leży w moim interesie.

– Komentarze Raymonda powinny pana niepokoić – rzuci chłodno Ferdinand.

– Chłopiec został już za nie ukarany. Zapewniam pana, że; nieprędko zapomni swój błąd.

– Błędem nie są słowa, ale myślenie w ten, a nie inny sposób – odparł Ferdinand.

Przecież wie pan, jak to jest z dziećmi: nasłuchają się tego i owego, a potem wszystko im się plącze i…

…twierdzą, że bycie Żydem lub demokratą to najgorszy z nowotworów? – W głosie Davida pobrzmiewały ból i złość.

Hrabia spojrzał na niego, po czym bez słowa dał znak synowi, by zdjął marynarkę i podciągnął koszulę. Raymond zbladł, a zaraz potem zaczerwienił się zawstydzony.

Ma widok obnażonych pleców malca Ferdinand i David krzyknęli ze zgrozy – na ciele chłopca widać było ślady po ojcowskim pasku. Zdarta i zakrwawiona skóra nie pozostawiała żadnych wątpliwości: Raymond został brutalnie wychłostany.

– Mój Boże! Ja… – zdołał tylko wyjąkać Ferdinand.

– Mam nadzieję, że to wystarczające zadośćuczynienie za występek mojego syna – powiedział oschle hrabia.

– To nie było potrzebne! Jestem przeciwny biciu dzieci… Jak pan mógł tak skrzywdzić tego malca, i to własnego syna? – Ferdinand nie znajdował słów, by wyrazić odrazę, jaką poczuł na widok śladów ojcowskiego okrucieństwa.

Davidowi zrobiło się słabo, czuł się bowiem winny. Być może, przekonywał się w duchu, zbyt poważnie potraktowałem słowa Raymonda; przecież to tylko dziesięciolatek, jeszcze nie bardzo rozumie, co mówi. David nie wiedział, co robić, czuł tylko, że musi poprosić malca o wybaczenie.

– Przepraszam – wyjąkał, robiąc krok w stronę chłopca. – Ja… ja… przepraszam.

– Co się stało, to się nie odstanie. W każdym razie Raymond będzie miał nauczkę na przyszłość. A teraz, profesorze, żeby się w pana oczach zrehabilitować, przekazuję panu kronikę brata Juliana, a więc przyjmuję propozycję pańskiego uniwersytetu. Może pan dogłębnie zbadać rękopis i ogłosić drukiem swoje wnioski. Również zamkowe archiwum stoi przed panem otworem, tyle że będzie pan musiał korzystać z niego na miejscu, bo nie chcę, by nasze rodzinne zbiory pałętały się po świecie.

Ferdinand był wyraźnie skonfundowany. Nie sądził, że hrabia Przekaże mu kronikę swego przodka, i to bez stawiania żadnych warunków. Również on miał do siebie pretensję i czuł się zawstydzony. Czy nie wyolbrzymili czasem całej sprawy? Czy nie są aby przewrażliwieni z powodu kłótni Davida z pyskatym synalkiem rzeźnika oraz kłopotów ciotki Sary?

Raymond tkwił przed nimi z obnażonymi plecami, demonstrując swe upokorzenie i cierpienie. Wyraźnie bał się poruszyć bez zgody ojca. W końcu hrabia dał mu znak, by obciągnął koszulę.

– Sam nie wiem, co powiedzieć… Wszystko to jest… przykro mi… ubolewam nad tym, co się stało… – jąkał się Ferdinand. – Chyba nie powinniśmy mieszać obu spraw…

– Proszę przyjąć, profesorze, moją propozycję wraz z przeprosinami. Mój adwokat i przyjaciel, pan Saint-Martin, przygotuje umowę na użyczenie kroniki Uniwersytetowi Paryskiemu w celach badawczych. Dokumenty będą gotowe w przyszłym tygodniu. Doręczę je panu osobiście, bo pod koniec przyszłego tygodnia wybieram się do Paryża w interesach. Zadzwonię do pana i umówimy się na spotkanie z rektorem uniwersytetu.

Ferdinand czuł się zdezorientowany i oszołomiony biegiem wypadków. Wyrzucał sobie, że uległ pokusie, że tak bardzo zależy mu na kronice brata Juliana, iż lekceważy cierpienie Raymonda.

Podziękował hrabiemu i przyjął jego propozycję, starając się jednak unikać wzroku Davida. Porozmawia z nim o wszystkim później, w pociągu.

Obiad minął spokojniej niż niedawna kolacja. Goście hrabiego zdawali się nadskakiwać Ferdinandowi, jedynie profesor Marbung i adwokat Saint-Martin trzymali się na dystans. Rozmawiano o wszystkim i o niczym: o muzyce, literaturze, gastronomii… Baron von Steiner okazał się znawcą francuskich win i uraczył stołowników wykładem na ten temat.

Przy pożegnaniu z hrabią w bramie zamku Ferdinand miał nadal mętlik w głowie i w duszy, wolał więc myśleć o tym, że już za tydzień będzie mógł zrealizować swe marzenie i rozpocząć pracę nad kroniką brata Juliana.


Zaraz po wyjeździe profesora i jego syna hrabia oraz pozostali goście z oznakami niepokoju na twarzach zgromadzili się w ciszy w gabinecie gospodarza.

– Nie pojmuję pańskiej postawy – odważył się wyrzucić hrabiemu profesor Marbung. – Zresztą podobnie jak pańskiego uporu, by wciągnąć tego człowieka do naszego projektu. Nie potrzebujemy go.

– Myli się pan, profesorze. Nazwisko pana Arnauda otworzy przed nami podwoje archiwów i miejsc, do których inaczej nie mielibyśmy wstępu. Potrzebujemy jego autorytetu, by osiągnąć nasz cel – wyjaśnił hrabia. – Nie możemy jednak zdradzić przed nim naszych zamiarów, a to znaczy, że w przyszłości musimy unikać błędów, które popełniliśmy podczas wczorajszej kolacji.

– Największą światową wyrocznią w sprawie kataryzmu jest Otton Rahn – orzekł profesor Marbung. – Krocząc po jego śladach, odnajdziemy Graala.

– Nie, jeśli będziemy kroczyli wyłącznie po jego śladach. Znajdujemy się we Francji, profesorze, a Francuzi to szowiniści. Nazwisko Rahna nie zrobi wrażenia na wielu archiwistach strzegących cennych dokumentów, a nazwisko profesora Arnauda owszem. On właśnie będzie naszym kluczem, ślepym przewodnikiem, przetrze nam szlak, nie wiedząc, dokąd zmierzamy.