– Człek to przecie, Polak, dusza jako i ty krześcijańska… Pomóż mi.

– Od duszy mojej łapy z dala trzymaj i ozorem nie miel!

– Ranny jest, cóż mu czynić. Kukła to jeno.

– Tedy niech się kukłą ostanie!

– Człowieku!

– Paszoł!

Uniosłem głowę. Bolało, ale nie tak jak wprzódy, wydoleć mogłem. W kącie, w wąskiej ścieżynce światła, które sączyło się z otworu sklepiennego, siedział w kucki człek słusznej postury. Rękami obejmował kolana i głowę na nich złożył. Znać drugi kompanion niedoli. Twarzy zrazu dojrzeć nie mogłem, aż ją podniósł powoli i w oczy mi popatrzył, swoimi zaraz w bok rejterując. Kudłaty stał tyłem, pierwszy raz widziałem go całego. Niski, nie otyły, krępy raczej i nabity w sobie, nogi szeroko rozstawił i kołysał się jak wahadło palcem w ruch puszczone, coraz słabiej, aż ustał.

– Bier się z ziemi, pomożesz, wola czy niewola! – głos miał dziwnie inny, twardy i rozeźlony, nie ten co zwykle.

– Bier się, mówię! Duchem!

Krok do przodu postąpił, zasłaniając przykucniętego ciałem, nagle schylił się, szarpnął w tył i już obaj stali. Ten drugi, poderwany, o głowę wyższy – zdawało się, że gdy uderzy, kudłacza jak kloc siekierą ciachnięty obali – głowę na bok odkręcił, bokiem przeszedł i za kostki mnie chwyciwszy, podniósł nieco. Kudłacz rękę pod zad mój wsadził, tarł i wybierał, aż mnie położyli na powrót w wilgotne lecz nie kleiste, jako tako obskrobane wyro. Gorąc mi twarz palił, iście kukłą byłem, jak prawił ów człek. Ile razy tak mnie opierował?

– Długo leżę? – pierwsze słowa gładko wyszły, widać dobrzałem z wolna.

Mały w kącie coś upychał. Odwrócił się i podszedł.

– Długo. Trzy niedziele będą.

– Męczyłem was?

– Ano.

– Bóg wam zapłać, dobry człowieku, bo ja nie mam czym.

– Nie trza. Ni wam, ni Bogu rachunków stawiać nie będę.

Zanim rzekł, ów wyższy, znowu w kucki się posadziwszy, śmiechem histerycznym do szlochu podobnym ryknął i krztusząc się mamrotał:

– Bóg… ha, ha, ha… Bóg zapłać! Wyprorokowałem!… Ha, ha, ha…

– Ktoście?

– Nikto. Drzewiej chłop, ziemi i panu przypisany, teraz zbrodzień jako i wy.

– Nikogo nie rzezałem, ni gwałciłem, tedym nie zbrodzień. Karśnicki jestem, z Poznańskiego.

– Szlachcic, znaczy. Iście i bez waszego gadania znać to było, choć na łachy zważywszy, za dziada żebry odprawującego łacniej poczytać was było można.

– Skąd tedy wiecie?

– Spać nie daliście, krzycząc w zaćmieniu i ciskając kałdunem, aż utrzymać nie wydoliłem.

– Krzycząc?

– I jak jeszcze. Tylachne rzeczy, ino że nic wyrozumieć się nie dało, tyle co pański to był skowyt, nie nasz. I jęczeliście takoż, jak ranny zwierz – naśladował zabawnie, zwijając wargi w trąbkę i wysuwając do przodu. – Śniło się wam co, czy strachy dusiły?

– Nie wiem.

– Takoście się przedstawili, panie. Człek we śnie drugim żywotem żyje, ale skóry nie zrzuca.

– Nie po chłopsku rozumujesz.

– Bom lat kilka u cesarskich kapralował, świat widział, a i nie krzyżem jeno na pergaminie się znaczę. Nie wasza rzecz!

– Nie moja. Ale gadać chcę, by mi jęzor do zębów nie przyrósł.

– Tedy o sobie gadajcie.

Rozejrzałem się wokół. Kazamata uszargana, trzy wyrka, stołek, kąt z nieczystościami i drzwi okute, z klapką judaszową.

– Gdzieśmy?

– W starej prochowni, przy Zamku. Takich jak my Austriaki więcej tu dzierżą. Nie samotnyś, jak widzisz.

– Tamten kto?

– Kancelista folwarczny. Panu swemu przewinił, aż go ten do lochu cisnął, grzbiet wprzódy bacikiem pokroiwszy. Panów nienawidzi, tedy i tobie nieprzyjazny. Nie dziwota.

– Moja to wina, że panowie bracia ludzi swych batożą? Sam nigdy ręki na chłopa nie podniosłem. Krzywdy na świecie moc, ale…

– Nie o świecie mówim, jeno o naszej krakowskiej ziemi. Nie ambona tu, od kazań się waść, panie dobrze urodzony, powstrzymaj!

Zapiekła mnie ta złośliwość, alem się ze słowa wybić nie dał:

– Powtarzam, ludzi moich nie biłem, tedy prawo mam…

– Prawo masz takie samo, jako i my obaj. Ciemnica wszystkich równa, jako grób, bo i do grobu podobna! – znów mi przerwał i poważnie, surowo prawił: – “Ludzi moich”, powiadasz. A jam miarkował, że ludzie do Boga należą, krom tych, co diabłu duszę zaprzedali. Widać, źle miarkowałem.

– Nie drwij. Nie tak rzekłem, jako chciałem.

Nie odrzekł nic. Derkę tylko wyżej mi naciągnął, gestem dając znak, bym spał i sam legł pod ścianą.

Wstałem dnia następnego, by potrzebę załatwić samodzielnie i łaski cudzej nie cierpieć. Sprawnie mi nawet szło, pókim nie spróbował szyją ruszać. Żeby nie kudłacz, jak byk silny, bo mnie padającego jedną ręką w locie ucapił, sam bym się bez ochydy o posadzkę ceglaną utłukł. Wieczorem – pory dnia odmierzała dwukrotnie wsuwająca się łapa strażnika, który odbierał pusty kociołek i dawał pełny – usiadłem, opierając się o ścianę w miejscu, które wprzód za w miarę suche uznałem. Kancelista rysował okruchem na cegle znaki jakoweś, głowy nie unosząc, lecz trzymając ją między kolanami, gdyż siedział w kucki. Jakoż nigdy nie widziałem go w innej pozycji – tak jadł, załatwiał się, przesuwając do kąta, lub zabawiał z dłonią wsadzoną w rozpór, odwrócony do nas tyłem, nawet spał skurczony, z kolanami pod brodą. Całymi dniami dokuczał memu opiekunowi, wykrzykując: “Podaj jaśnie wielmożnemu panu zupkę, chamie! Pupcię wytrzeć?… Sługa jaśnie pana!” – na co tamten nie reagował wcale, a co mnie niepomiernie srożyło.

– Zimno trochę, prawda? – zagadnąłem kudłacza.

– Tu zawsze zimno. Przywykniesz.

– Cichaj, chamie, o pozwolenie mielenia ozorem zapytałeś panicza? – przerwał kancelista, pokazując zęby w krzywym uśmiechu.

Nie zdzierżyłem.

– Zamilcz pan! Chamem nigdy bym człowieka nie przezwał!

– Nie obrażę się. Pan Bóg Chama stworzył jak i wszystkich. A ty nie zapieraj się, nie ty to krew twoja za ciebie przemówi – odezwał się spokojnie chłop.

– Nie może być! Czego znowu od krwi mojej chcesz?! Krew tę za ojczyznę lałem! Z Madalińskim, z Dąbrowskim pod Bydgoszczą.

– Dużoś przelał? – oczy mu się zaśmiały drwiąco.

Rumieniec mnie obleciał, bom nieco przeholował.

– Nie moja to wina, żem się od rany uchował! Pan Bóg kule nosi… Alem karku nie szczędził!

– Znaczy, czasem panowie i swego karku nie szczędzą?

– Rzekłem już, nie biłem!

– Ty może nie, za młodyś. Ale biją inni, wszyscy prawie! I za wszystko. Za pańszczyznę, żeś w chorobę nie wylazł na pole, za drewno z boru wzięte, by dzieciary z zimna nie skisły, za humor własny, zły po pijaństwie, a często i z umiłowania krwi. Nahaj i dyby!

– To się zmieni. Chłop wolę otrzyma i ziemię. Ale w wolnym kraju. Rzecz pierwsza za miecz społem chwycić, zaborcę, co nam na piersi siedzi, porazić i przegnać!

– Społem, prawisz? – w głosie mu coś zaskrzypiało, nastroszył się, jak wtedy, gdy tamtego z ziemi szarpnął. – Ot, edukują was, pięcioma językami pewnikiem brechasz, tuzin tańców znasz, ale rozumu zawżdy, co za uchem brudu! Na chłopa liczysz, że ci pomoże? Że Austriaka i Prusaka z ziemi tej razem z tobą gnać będzie, znaczy tego, co go broni, bo on cesarz, co we Wiedniu siedzi, chłopa zakazał bić i rugować. A patenta józefińskie? Trzy dni w tygodniu pańszczyzna ma być, nie więcej, tego Austriak pilnie dogląda, choć prawda, że nie upilnuje wszyćkich, bo gdzie tylko pan może, ustawy gwałci, chłopa katuje i do roboty jako dawniej przymusza!!

– Że resztę tygodnia lud dla Austriaka robi, drogi budując lubo też wały sypiąc forteczne, tego nie wiesz? Nie dla chłopa, a dla siebie pańszczyznę skrócili, by ludzi do swoich robót gnać! – warknąłem zniecierpliwiony.

– Wiem. Ale drogi i wały nie wszędy i raz się je jeno buduje. A folwarki jako krople deszczu… Austriak starych i bolejących do łopaty nie gna i dzień święty, gdy wypadnie, uszanuje!

– Tedy się w cesarskich zamienicie bez żalu? A miłość ojczyzny, gdzież jest?

– Na gębie u panów, gdy im ochota szabelką pomachać przychodzi.

– Bluźnisz, na Boga!

– Dla was i prawda bluźnierstwo. Jeno prawda jest, że Austriak nie morzy ludu tak, jak pany. Prusak takoż, pewnikiem.

– Bluźnisz! Ojczyzna przecież… Kościuszki kosynierzy!

– Ci co z Kościuszkiem poszli, kosyniery jako prawisz, gdy do chałup wrócili, tych panowie szlachta – Polacy, słysz! – po sto batów w podzięce za miłość ojczyzny im wlepiwszy, w niewolę okrutną wzięli, a niektórych Austriakom w rekruty oddali!

– Nieee!

Rzec już co nie miałem, szał mnie jakiś chwytać począł, myśli mącąc.

– Prusak i Austriak żołnierza swego katują pałkami, za to w naszym wojsku… – wypaliłem w gorączce, ogłupiały z niemocy.

– Jednakoż! I w naszym, znaczy pańskim, choć w regulaminie kary takowej nie ma, leją, jeno solidniej, bo po polsku, bo swojego, własnego, niewolnego od wieków psa przez kije prowadzą.

– Łżesz!

– Sam Naczelnik kija nie żałował!…

– Co mówisz?! Toż…

– … Kijaszkami ciało z żeber obierając. Jeśli nie on sam, to oficyjerowie jego…

– Nieee!!! – chciałem uszy zatkać.

– W Warszawie, na Pradze, gdy dwóch ludzi w czas ataku z linii zeszło, bo źle komenda przez jaśnie wielmożnego oficyjera rzuconą była…

– Na rany!…

– … pan Naczelnikowy porucznik dwa razy po dwa szeregi ustawił i kijaszki zagrały taki taniec, że się czerwieńsze stały niźli mundurowy karmazyn, a w końcu i sczerniały od juchy.

– Na rany Chrystusa, przestań!!!

– Gdy zaś książę pan Poniatowski na linię, pijany, spóźnił się, złe mu jeno spojrzenie Naczelnik rzucił.

– Jezusie, co prawisz?!

– Tak to naczelniki i szlachta na chłopskim karku wojowali, żeby oną Polskę naszą wyzwolić…

– Boże miłosierny! Czyś oszalał?!

– … Wyzwolić tak, co by już pełna w niej wola była chłopa żywcem ze skóry drzeć, w smole gotować…

– Milcz!!

– … i w potrzebie mamić, że jak pierś nadstawi, to się potem pomyśli łaskawie, by mu los zelżał!

– Milcz, chamie!!! – ryk taki z gardła dobyłem, że aż echo w korytarzach pogoniło, kroki zatupotały i wrzask straży się rozległ: “Ruhe!”, głuszony śmiechem pełnym, szerokogębnym, radującego się kancelisty.

Chłop patrzył na mnie, rozumnie i życzliwie, milcząc.


***

Milczeliśmy, bo i nie było co mówić. Mnie wstyd palił i poczucie klęski, chłop zaś, jakby sam był, nie zwracał uwagi ni na moją osobę, ni na kancelistę, któremu chyba loch i wilgoć rozum odebrały, bo tylko chichotał, w kącie się skrywszy i miny robił takie, jak gdyby tajemnicę wielką posiadał.

Wiele zmiarkowałem, w nocy szczególnie z myślami się pojedynkując, z tego, co mi chłopski mędrek eks-kapral, w oczy owego wieczoru wypluł. Powiedzieć mu to chciałem, zagadać, dobrym słowem krzywdę umniejszyć, ale on jakby czuł, że go wzrokiem ścigam, gały w bok wykręcał, obojętny i senny stale. Może bym i w końcu gębę otworzył, gdy ranka pewnego, ledwie zdążyłem wylizać miskę z brunatnej polewki, drzwi otwarły się, skrzypiąc niemiłosiernie. Strażnik wskazywał na mnie, bez słowa dając znać, bym podążał za nim. Gdy wyszedłem, drugi stanął za mną i tak, w asyście więziennej, ruszyłem w niewiadome.

Długim korytarzem, schodami i znowu korytarzem dotarliśmy na galerię krytą, po przebyciu której, w trzecim korytarzu, jaśniejszym nieco, strażnik otworzył drzwi blachą obite i zostałem wepchnięty do wnętrza. światło słoneczne, bijące przez półkoliste okno, poraziło mnie jak kreta, tak świat mrocznej zgnilizny za swój już uznałem.

Na ścianie, nad rzeźbionym biurkiem, zarzuconym papierzyskami, widniał orzeł czarny, górujący nad grupą konterfektów uformowanych w zgrabne koło. Zbliżyłem się do okna, oczy mrużąc i ręką osłaniając, gdy zza pleców głos dziwacznie cienki, piskliwy, rzekłbym kobiecy, a przecież znany mi doskonale, zatrzymał mnie w miejscu.

– Zdrowyś już… dziecino? Patrzaj, a ja krajcara bym za ciebie nie dał. Wyżyłeś jak i ja, tedy pogawędzić czas!

On to był. Ileż razy jeszcze spotykać go będę? Warga stłuczona, na pół rozdarta, strup siny w kąciku ust, a spojrzenie to samo, okrutne i zimne jak u jaszczurki. I głos ten sam, a przecież inny, piskliwy jak u dziecka czy niewiasty. Milczałem.

– Paszporcik takiś zgrabny dzierżył – wyciągnął papier z szuflady, nie przerywając – że oczu oderwać nie mogłem! Kto ci go sprawił, dziecino?

To “dziecino” rozciągał i modulował grymaśnie, mszcząc się za kąpiel przy komorze.

– Znalazłem.

– Gdzie?

– Na ulicy, w Warszawie – głupie to było, ale nic bardziej rezolutnego do głowy mi nie szło.

– Na jakiej ulicy?

– Jezuickiej.

– I Karśnicki w nim stało?

– Właśnie. Dziwna familia… Mnie zaś Rezler. Hans Rezler.

– Dworujesz, czy o drogę pytasz? Kto jesteś, gadaj!

– Rzekłem już. Rezler, Hans Rezler, spod Poznania! Łatwo sprawdzić, wieś Buszewo, blisko Szamotuł.

– Sprawdzimy! Po coś granicę przekraczał?

– Do Krakowa, za interesami.

– To już wprzódy śpiewałeś. Teraz zaś prawdą nie żongluj, byś się później sam za głupotę swoją przeklinać nie musiał. Tedy jak było?

– Jak mówiłem. Handlową fortunę w Krakowie chciałem znaleźć.

– Z fałszywym paszportem? Dziwne to interesy musiały być, dziwne. Jakie?

– Nie pomnę. Łeb mi obiliście, klepki nie te same…

Rozparł się wygodnie i zmrużył ślepia.

– Żartowniś, krotochwile ci miłe. Taaak! Nie znasz Olizara? Poznasz, dziecino!

Sięgnął wolno po srebrny dzwoneczek i brzdęknął.

– Herr Inspektor! – moja eskorta stała w drzwiach wyprężona.

Drgnięciem głowy wskazał na mnie i zaraz stanęli mi po bokach.

– No jak, panie Karśnicki vel Rezler? Chcesz, by ci moi ludzie dowiedli, że się mylił ów mąż starożytny, co milczenie ze złotem równał?

– Który mąż? – próbowałem z głupia frant, alem się przeliczył.

Ciosy spadały raz za razem. Głowę chroniłem, bom się bał, że mi ją znowu wstrząsną, ale czułem, że długo nie wytrzymam. Koncept mi przyszedł, by zemdlonego udawać. Paść chciałem, ale mnie podtrzymywali, wreszcie ześliznąłem się na podłogę. Teraz jeno parę razów zdzierżyć nieruchomo… zdzierżyłem. Trzy czy cztery kopnięcia i spokój. Leżałem z zamkniętymi oczami, czekając aż mi wodę chlusną, gdy nagle młody pisnął cienko:

– Heraus!

Wyszli i został sam ze mną. Gdy śmiać się począł diabelskim chichotem, ciarki mi przebiegły po krzyżu, tak straszny był ten ni to śmiech, ni skowyt. Chciałem się zerwać, lecz cisnęło mnie do ziemi przerażenie potworne. Czułem jeszcze, jak mi nogi rozsuwa butem i gdy otwierając oczy pojąłem, zapiekł mnie taki ból w kroku, że straciłem przytomność.