Nikt się nie ruszył. Młodemu oczy stanęły w słup, podniósł obie ręce w górę, choć o to nie prosiłem, naczelnik drżał jak liść, aż mu głowa stukała o wylot lufy, którą przyciskałem do skroni. Strażnik skamieniał.

– Słyszysz, suczysynu!

Nagle zrozumiałem, że nie pojmuje polskiego, że czuje grozę sytuacji, bez rozeznania czego żądam.

– Pomóż mu, dziecino! – zagadnąłem młodego takim głosem, że mu w oczach mignął strach śmiertelny. Szczeknął coś, czego nie zrozumiałem i strażnik rzucił karabin, zniknął i za chwilę pojawił się z koniem, mokrym od potu, dopiero co wyjęty z cugu. Czas biegł, a ja stałem jak bohater w heroicznej scenie na teatrum i dawałem się tumanić. Poczułem jak ogarnia mnie wściekłość.

– Dziecino – zniżyłem głos do szeptu – jeśli zaraz nie dostanę dobrego konia…

Przerwał mi, krzycząc do strażnika jakieś rozpaczliwe nakazanie i za chwilę miałem konia, na oko niezłego i okulbaczonego prawidłowo.

– Na ziemię!

Strażnik padł pierwszy, naczelnik przyklęknął i położył się na kładce, zmuszając młodego do zwalenia się w błoto. W drzwiach stanęła owa niewiasta, towarzyszka podróży, i ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk, ginący mi za plecami w nocnej ciemności.


***

Tydzień już siedziałem w starej stolicy, łazikując jak kramarz, jeno że bez celu i konceptu nijakiego. Gdy z bożą pomocą pogoni uszedłem i konia u bram Krakowa sprzedałem, pierwszym, co uczyniłem, było kupno nowych łachów – stare gonitwa po bezdrożach niezdatnymi uczyniła, a kuferek na komorze przepadł. Wąsy też zapuszczać począłem, dla zmylenia, bom nie wątpił, że mnie austriackie pludry tropią jak lisa. Szkoda, że lisiej chytrości mi nie stało.

Postój obrałem w gospodzie na Grodzkiej ulicy i zrazu nie ruszałem się prawie. Nie przepomniałem o celu mych poczynań, lecz cóż uczynić mogłem? Skąd dobyć papiery na dalszą drogę? Albo chociaż przewodnika, miejsca tajemne, zdatne do przejścia przez granicę znającego. I czymże bym go opłacił? Tedy migałem się jeno posterunkom i patrolom, nie wiedząc, czy mnie wypatrują, czy też nie, i kląłem głupotę własną, bom się czuł prawdziwie jak sum we włok schwytany – ni w jedną stronę, ni w drugą. Sakiewka kurczyła się jak nakłuty pęcherz, a i w głowie pusto, konceptu nijakiego na dalszą drogę. Po gościńcach szeptano, że legie polskie białasów piorą w dalekiej Italii, a ja sterczałem w miejscu, bezradny jak niemowlę.

Aż przyszedł ów dzień, gdy z barłogu się zwlokłem i w rynek wstąpiłem, przepychając się ku Sukiennicom przez tłum barwny i rozgdakany, rzemieślników, marszandów i ludu wiejskiego, czeladzi wszelakiej, a i przez gemejnów mrowie. Pełno ich tu było – lejbiki białe, kaszkiety, pióropusze i hełmy, gwarancją bezpieczeństwa mi się widzieli, bo jak powiadają: pod łuczywem najciemniej. Miasto tak było mundurami nasycone białymi, iż się zdawało, że to kazerma austriacka, a nie gród znamienity. Istny Poznań z Prusakami – jedna niedola. Prawdziwie też cesarscy kazermę z Krakowa uczynili, bo nie dość, że na rynku, kozły swe ustawiając, postoje zarządzili i że obozy budowali na Promniku, i to jeszcze Zamek zajęli i spustoszyli okrutnie. Pokoje królewskie i pamiątki po władcach naszych wapnem pono zachlapano i plugawiło je bestwiące się żołdactwo. Kiedy już tak Wawel do upadku ostatniego sprowadzić mają, pomyślałem, lepiej by było, gdyby ten piorun, o którym gadano, że zeszłej jesieni w mennicę starą rąbnął, o krok ledwie od sklepów z prochami, w ordynku pludrów do piekła wysadził. Zamku jeno szkoda, bo może jeszcze odzyszcze go polska szabla i orła białego na komnatach zasadzi, w miejsce dwułbiastego, czarnego gada.

Pchałem się tedy do golibrody, wąsy świeżo posiane przyrównać i włosy podciąć, a baczyłem pilnie, czy gdzie zbyt wścibskiego wzroku, postać moją głaszczącego, nie dojrzę, choć trza prawdzie się ukłonić, że czujność moja, co jak wyostrzona gotowość wilka nagonkę czującego, unikać mi pozwalała kłopotów, słabnąć już zaczęła z biegiem dzionków. Rozzuchwalająca bezkarność, a i zmęczenie ciągłym ślepieniem na boki i za plecy uśpiły mnie dostatecznie, bym wówczas sentymentom dał się ponieść, żem oślepł i zgłupiał do cna. Mogłem-li jednak nie zgłupieć?

Pierwej nim ją ujrzałem, w uszy zawitały dźwięki przedziwne, ażem stanął w miejscu i słuchał oczarowany, wypatrując skąd też napływają. Coś, anim rozumiał co, za serce chwyciło mocno, rodzime łąki i lasy przypominając. Dźwięki brzęczące nad głowami ciżby płynęły przez rynek, odbijając się od kamienic, wdzierały się pod sklepienia Sukiennic i ludziom głowy odwracały w stronę Mariackiego kościoła. Tam ci to kupa czynić się poczęła i rosła w oczach.

Nie wiem, falą kolorową, co się nagle w tę stronę sączyć poczęła, czy podnietą serca zasłuchanego ciśnięty, ruszyłem coraz szybciej i szybciej, a usłyszawszy, że dźwięki rozpłynęły się nagle we wrzawie wesołej i zamarły, biec zacząłem. Ludzi obijając, przerażony, że nie zdążę. Dopadłem koliska zwartego i kułakami ciżbę roztrącając, torowałem przejście, pókim mógł, póki ścieśnisko w gęstwę się nie zbiło taką, że ni kroku postąpić. Ale że Pan Bóg wzrostu nie pożałował, oczy już napaść się mogły do woli.

Przy trzeciej bodaj od strony kościoła kamienicy stał gruby, stary Cygan, wąsaty, a długowłosy jak niewiasta, w kapocie wiatrem podszytej i skórzanych, wojskowych buciskach. Skrzypki przedziwnie poskręcane do twarzy tulił, smyk do ziemi opuściwszy, z głową przechyloną, słuchając co mu dziewczyna, też Cyganka, do ucha kładzie.

Gdyby mi kto przedtem rzekł, że się od jednego widoku można w dziewce zauroczyć, palcem bym człowiekowi w czoło popukał. Anim to pojmował wówczas, a i dzisiaj nawet nie pojmuję. Na różne dziewki chadzałem i niejedna uśmiechała mi się, sercu choć na krótko bliska, ale ta! Z nią żadna równać by się nie śmiała. Smukła jak łania, czarnobrewa, z okiem jak u smoka wielkim, z barwinkowym na kosach zaplotem, w sukni długiej, stubarwnej, fartuszkiem zdobnej i z pasem srebrzystymi guzami i dzwoneczkami nabijanym. Wokół czoła i czarnych włosów owijał się łańcuszek z nanizanymi nań miedziakami. A przy tym cera, miast zwyczajnie po cygańsku śniadej, biała jak mleko…

Tłum pięknością jej zwabiony bardziej niż sztuką czekał w milczeniu. Ona, znać to czując, zawirowała nagle, aż się kosy owinęły wokół szyi i tamburinem uderzyła w rękę nad głową wzniesioną.

– Hrajte meni!

Dzwoneczki zadzwoniły jak szalone, spódnica furkotała, wir leciał przez kolisko, a skrzypce śpiewały jakąś nutę taborową, nieludzko piękną.

Wtem dźwięk tamburinu spotężniał i w twarz mi prawie uderzył, tak do mnie podskoczyła, wyciągając rękę w falbanie kwiecistej nad przekupką, która stała przede mną. Zęby błysnęły w uśmiechu i znowu zawirowała wzdłuż koliska. W każdym ułamku chwili, gdy jej twarz obracała się w moją stronę, zdawało mi się, że na mnie spoziera, lecz ruch, jaki nadała ciału, wyrzucał te oczy w obrót i znowu przez sekundę widziałem je w przelocie.

Skrzypki zamilkły i ona wpół stanęła jak wryta… tyłem do mnie. Groszaki sypnęły się gęsto w kapelusz Cygana, a ja stałem i patrzyłem w krasną wstążkę, z kosów spływającą wzdłuż pleców dziewczyny. Wstążka rosła, przybliżała się, aż mi w oczach poczerwieniało mgliście. Dziewczyna na brawa i wiwaty obojętna obracać się zaczęła powoli. Patrzyła na mnie z powagą, w oczy prosto, jakby mi chciała do wnętrza duszy zajrzeć.

Dźwięk skrzypiec mnie i ją z oszołomienia wyrwał.

– Hrajte meniii!

Chwyciwszy za fartuszek, kołomyjkę przedziwną, wesołą, zakręciła, śpiewając: “Lach i Rusin, ridnyje bratia, znajtie o tom lude, taj, ne ridnyj, a wse lipszyj, jak toj Nimec chudyj!”

Śmiech perlisty przetoczył się nad tłumem i sczezł raptownie. Po przeciwnej stronie koliska stało kilku żołnierzy austriackich. Patrzyli na dziewczynę ponuro, a ciżba cofać się poczęła.

Miarkowałem, że dziewczyna głupstwo strzeliła, w Austriaka piosenką godząc, lecz że mi nagle przejście dano, stąpnąłem do przodu, wyrywając się z rzednącego pierścienia. Ona stała, znowu we mnie wpatrzona, ja zaś w nią, o trzy kroki już, bezwolny i dziwnie radosny. Tłum rozstępował się coraz żwawiej, ściszony i lękliwy, lecz pilnie wpatrzony i nasłuchujący. Sam nie wiem kiedy spostrzegłem, że nie na Cygankę patrzą, lecz na stojącego obok żołnierzy chudego jegomościa w okularach, w szarym fraku z wysokim kołnierzem i z masywną laską w dłoni, do pałki znaczniej podobną, gdyż na chromego nie wyglądał. Człek ten, w punkt jeden skupiwszy spojrzenie, trwał nieruchomo.

Długa chwila minęła nim stało mi się jasnym, że oczy zza szkieł spozierają na mnie. Pojąłem! I ona pojęła, z oczu mi lęk czytając, bo drgnęła nagle jak przebudzona, podczas gdy ja już pierwszy krok w tył uczyniłem, potem drugi i trzeci, jeszcze jeden i jeszcze… Ścigał mnie wzrok Cyganki zalękniony i nieruchome okulary tamtego.

Gdy mi dłoń jakowaś na ramieniu ciężko siadła, nie zdziwiłem się. Oczekiwałem jej i tego wszystkiego, co miało nastąpić.

Strach mnie już pożegnał, tylko dziewczyny żal się zrobiło, że nie można jej dłużej w oczy patrzeć. Nie odwracając się, ku niej znowu postąpić chciałem, ale ręka nie puszczała. Jegomość z lagą szedł wprost na mnie, a wokół pobielało od mundurów.

– Rachunki czas płacić, Karśnicki – usłyszałem głos zza pleców spokojny, nieafektowany, znany mi skądś. Skąd, przypomnieć sobie nie mogłem. W obawie, że już jej nie zobaczę, nie odwróciłem się, rzucając machinalnie:

– Jakie rachunki?

– Za kabaty, coś je nam waszmość w błocku wypluskał! Za konia nie trza, znaleźliśmy.

Szarpnąłem się do tyłu. Stał przede mną, nie śmiejąc się, na pozór obojętny. Ten sam, z komory. Mogłem wtedy gnidzie kiszki przewiercić ołowiem, lecz darowałem.

Co było czynić. Ręce pod sznur wyciągnięte w mig mi spętali, pistolet zza pazuchy dobyli, gdy nagle Cyganka, gemejnów roztrąciwszy, przedarła się tuż, do młodego i okularnika podskoczyła. Nie miarkowała, w czym rzecz lub udawała dobrze, bo na wysuniętej pod nosy osłupiałych kanalii dłoni lewej ręki, dwoma palcami prawej poczęła naśladować przedziwnego sztajera, przyśpiewując na nutę “Mein Lieber Augustin”, jak tupiący żołnierz: eins, zwei, drei… Nie udawała. Głosik łamał jej się żałośnie, a w oczach łzy drżały. Młody ocknął się pierwszy, przerwał rozpaczliwą pantomimę i pchnął Cygankę. A gdy ciągle jak dziecko nieświadoma raz jeszcze rękę mu pod nos podsunęła, uderzył. Zachwiała się, milknąc i usta otworzyła jak do krzyku.

Źle zrobił! Sznura, który z wiązania przegubów moich trzymał w ręku, nie zdążył już skrócić. Odchylając się nieco, kopnąłem go w słabiznę, ból straszny chyba zadając, bo nawet nie zawył, tylko oczy prawie do białka przewrócone z orbit mu wyszły, jakby wyskoczyć chciały i w tym samym momencie, nim ktokolwiek ruch uczynił, dwoma zwartymi kułakami rąbnąłem w wyszczerzone bólem zęby, czując jak coś kruszy się i drze mi skórę.

Zaraz też przestałem czuć wiele. Przedmiot ciężki, pałka lub kolba, spadał mi na czaszkę raz po raz, wir wzniecając, kolory migotliwe wstrzeliwując, oddech dusząc…

Nie straciłem przecie do ostatka świadomości. Czułem jeszcze, że mnie na czymś twardym niosą, pewnie na desce, która gwóźdź wielki musiała mieć tam, gdzie głowa spoczywała. Gwóźdź ten mózg mi przeszywał na wylot, czołem lub na przemian oczami i uszami wychodził. Słyszałem krzyk dziewki daleki: “Nieee!” w szlochu roztopiony, chciałem coś odrzec, odwrócić do niej głowę… Gwóźdź z wolna wypłynął mi z czaszki i przestałem czuć na dobre.


***

Szara kolebka sufitu oddalała się i przybliżała rytmem pulsu, który mi w skroni tętnił, zrazu szybko, potem coraz wolniej i ospalej, aż stanęła prawie, bujając się lekko na boki jak łódź na spokojnej fali. Liczne spękania tynku, łaty czerwonej cegły w plamach wykruszeń, smugi brunatnych zacieków, robak wędrujący grzbietem do dołu i nie spadający – wszystko to jawiło się coraz ostrzej i kanciaściej.

Zamknąłem powieki, by ponaglić pamięć, wyrwać ułamki zdarzeń, skleić i odtworzyć, lecz nowo narodzona świadomość buntowała się tępym bólem, wypychając z żołądka pod gardło kwaśno-słodkawą mdłość. Nie myśleć, lepiej nie myśleć, ten szum przeklęty… Nie myśleć… Nie będzie bolało… nie myśleć!

Dźwięk jakiś, od dawna już słyszalny, lecz nie docierający rozumnie przez wał odrętwienia, zwrócił moją uwagę. Krótkie, miarowo odmierzane plaśnięcia, błyszczący punkcik, oderwany od sklepienia, leciał wprost na twarz, coraz większy i cięższy… uderzy! Przeleciał obok. Woda, krople wody… pić! Spadały tak blisko, prawie muskały policzek i rozbijały się gdzieś głęboko pode mną, w niewidocznej czeluści. Pić!

– Lepiej ci?

Obok siedział stwór jakiś, do człeka mało podobny, zarosły kudłami, co mu łeb gęsto oplatały. Dawno już musiał gnić w tej norze. W ślepiach pochylonych nade mną i jarzących się blaskiem niezwyczajnym, poczciwość tak jawna gniazdo swe uwiła, że choćby i kły mu z gęby sterczały – nie przeraziłby nawet dziecka.

– Masz, pij! Łbem nie ruchaj, bo cię zaś ciemnota obleci, jako wprzódy.

Z miski blaszanej wodę mi sączył do ust, bacząc bym głowy podnosić nie musiał.

– Dość będzie?

Powiekami znać mu dałem, że dość i próbowałem się uśmiechnąć, by wdzięczność mą poznał, lecz miast podzięki pewnikiem grymas koślawy na gębie mi wykwitł, bo straszydło zarechotało nagle.

– Nie ruchaj, mówię! Jeszcze ci się czerep nie złożył w jedno, a już byś o ścianę trykał. Mocnyś, wyżyjesz. Jakeś do dziś nie zdechł, już cię złe nie weźmie, chyba że mu owi dobrodzieje pomogą, co ci głowinę jak jajco połupali.

Wstał i zniknął jak duch. Czułem go i słyszałem obok, ale widzieć nie mogłem, bom się czerepem, jako rzekłem, ruszać bał. Sam on często się przed oczami moimi jawił, wodę i papkę o nijakim smaku do gardła mi kładąc, gaworzył chwilę, po czym znowu znikał, a ja zapadałem w sen kojący.

– … Za kulasy go chycisz, a ja wygarnę!

Obudziłem się, słysząc głos kudłacza. W tejże chwili głos drugi się ozwał:

– Czego? Lokaj się znalazł, psiakrew! Służ paniczowi na kolanach, ozorem wyliż, może ci “Bóg zapłać” ciśnie, jeśli mu humoru stanie! Mnie już smród nie szkodzi, twojego i swojegom się naniuchał, że mi to za jedno. Niech gnije we własnym łajnie!