Byłby ojciec dopadł przedsionka, gdy w ostatnim momencie żylasty szlachcic, odziany w futrzaną szubę, przyskoczył doń, chwycił go za rękaw i osadził w miejscu.

– Czarnocki jestem, do usług! Mnie żeś to, waszmość, ze starostwa wyrugował jak psa, tedy ci podziękę złożyć czas nadszedł! Wiary naszej i świątyń nie będziesz plugawił, choć się pono tym samym krzyżem znaczysz!

– Precz! – zachrypiał Rezler.

– Milcz, psi gnacie, bo ci uszy poobcinam, jeno z kościoła wyjdź, bym ołtarzy nie brukał!

I już wypchnięci przez tłum na zewnątrz wypadli. Rezler nie puszczał dłoni syna. Szarpani dziesiątkami rąk-szponów przetoczyli się przez furtę, gdzie Czarnocki do boku już sięgał, gdy wtem dłoń jakaś stalowa przydusiła mu nadgarstek, aż kości zatrzeszczały.

– Wolnego, panie bracie, bym ja ci uszu nie porachował! Przejście daj!

Dominik ujrzał Janka, który wyrósł jak spod ziemi, odrzucił Czarnockiego i ojczyma zastawił piersią.

– Z drogi, Karśnicki! – grzmiało kilkanaście głosów.

– Nie broń łotra, chyba żeś ojca przepomniał.

– Z drogi, na Boga! – napierali nań gwałtownie.

– I to ojciec. A krwi przelać nie dam, czy diabłem, czy Bogiem wymuszać ją będziecie! Ustąpcie!

Rezler już do bryki dopadł i konie podcięte przez Borka – Marcin wymknął się, nie wiadomo kiedy – runęły w tłum i pędziły traktem, aż bryzgi spod kół błociły konary drzew na poboczu.

Dominik obejrzał się i ujrzał głowę brata w rozedrganym tłumie. Za chwilę zniknęła, a oni lecieli dalej. Ojciec milczał, dziwnie skurczony, nie widząc, że synowi po policzkach płyną łzy, czyste, nie rozmazywane.


***

Noc była w pełni, gdy obudziło go delikatne szarpnięcie, jedno, potem drugie. W mroku zamajaczyła twarz Janka.

– Pamiętaj, Dominiku, że ksiądz prawdę rzekł! Tyś się tu urodził i prawym Polakiem będziesz, albo nie ma Boga na niebie! Ja tu wrócę… wrócę. Słyszysz? A kiedy wrócę, chcę byś mnie polskim dobrym słowem powitał. Albo zaprzyj się matuli i niech cię piekło! Co ci, Dominiku? Pamiętaj! – głos brata drżał w gorączce – pamiętaj! Nie Prusy to, jeno Wielkopolska, ziemia nasza… kolebka. Wrócę… żegnaj mi… – pochylił się i przycisnął brata z całej siły, potem wyrwał się z kurczowo obejmujących go rączek i wybiegł.


Wspomnienie 1 – W studni

Czas był ostatni. Po tym, co przed kościołem zaszło, ni w domu, ni w okolicy ostać się już nie mogłem.

Nie tak łatwo przyszło mi progi rodzinne opuszczać, boć przecie i od Mniewskiego, i od Dąbrowskiego wróciłem do dom, kiedy już Naczelnika do ostatka Moskale zdusili, ale chociaż ojczym i całe jego do prusactwa umizgi nie wadziły mi, bom się uodpornił i zobojętniał, atoli siebie się bałem, że tej zasłony sztucznej nie starczy, że mnie kiedyś nienawiść zbrodnicza porwie, że zapiecze, aż… Strach było myśleć. Człek, choć nie zwierz, do wszystkiego zdolny i nie zawsze tamę afektom w samą porę stawi.

Rozczulać się nad sobą nie nawykłem, jeno śmierć matki spłaksiła mnie tak okrutnie, że mi się żyć odechciało. Ojca nie pamiętałem dobrze, umarł, gdym jeszcze smarkiem był. Pono nie bardzo był dla matuli łaskawy, pił dużo i hulał, dom ostawiając na jej głowie. Zanim się zapił, zdążył tyle napożyczać i tak obciążył majątek długami, że wystarczyły dwa chude lata w gospodarce i spadek cen zboża, by matkę z kretesem zgubić.

Zjawił się wówczas człowiek, który nabył od wierzycieli prawie wszystkie weksle podpisane przez ojca – szlachetka z Królewca, Franciszek Rezler, twardy i stanowczy, pięścią bijący gdzie popadło, żądający natychmiastowego wykupienia nieszczęsnych dokumentów. Że nam wyrugowanie z ojcowizny i nędza ostatnia groziły, że matka do rodziny z czym iść nie miała, bo ją magnaty zatracone – z Potockich, tych lichszych się wywodziła – za miłość młodzieńczą i ślub z szarakiem na wieki wyklęły, tedy rękę oddała Rezlerowi, o co zaciekle nastawał, wietrząc łup bezbronny, przeto łatwy, a takoż i obfity. Prawił, że familia jego z grafów inflanckich się wywodzi, ale mi się patrzy, że prędzej z krzyżackich diabłów, bo po prusku jęzorem machał lepiej niż po polsku i chętniej. Z landratem szamotulskim Scholzem spiknął się w okamgnieniu i już z Buszewa nie wyjechał. Wkrótce zaś pokupował inne wsie i ziemie, które mu Scholz wskazywał, podupadłych szaraków ze starostw wysadzając. Za pomoc część pieniędzy Scholzowi do kieszeni wkładał.

Małym będąc nie pojmowałem tego wszystkiego, anim nie widział ogromu poświęcenia matki. Z wiekiem dopiero przyszło zrozumienie i świadomość rzeczy.

Do szkół ojczym posyłać mnie nie dał. Powietrzem dla niego byłem, tyle że mi czasami skórę złoił zdrowo, do chwili, gdy za nóż złapałem, przyparty do ściany. Przekleństwem rzucił, okręcił się na pięcie i warcząc odszedł, ale ręki na mnie nie podniósł już nigdy, a matce ani słowem nie wspomniał o zdarzeniu.

To, co w głowie mam, jej tylko i księdzu Lomazzo zawdzięczam, którego Robespierre z rodzinnej Prowansji wyżenął, i który u nas na prośbę matki gościnę i łaskawy chleb znalazł. Dziw człeka brał, jak rozległą wiedzą dysponował abbae Lomazzo, zważywszy, że oprócz religii, łaciny i francuskiego, do jeometrii i matematyki mnie przyuczał, początki historii dawał, tłumaczył komentarze Cezara, “Wojnę Jugurty” Salustyusza i “Historię Ludzi Wielkich”, tak iż lat mając piętnaście nieźle sobie z pomienionymi dziedzinami radziłem.

Matka co innego. Jej ukochanie kraju zawdzięczam, ona mi impuls tajemny do ruszenia w pole dała, wraz z listem do kasztelana brzeskiego Mniewskiego, który ojca serdecznym był druhem. Boleśnie odczuła matka Maciejowice, nie pojmowała jednako, że nie traf czy podła fortuna jeno, ale też i ludzie za prywatą węszący kraj nam zgubili. Tak prawił Zimorowicz, który przy każdej okazji dziedzicom prywatę ich wytykał i za brak miłości ojczyzny gromił. A przecież, o dziwo, chociaż żaden inny proboszcz w okolicy nie ośmielał się panów zawstydzać publicznie i przy chłopskich uszach wyklinać, to przecież właśnie on, a nie żaden inny, jednako był od wszystkiej szlachty umiłowan. Ongiś w Warszawie, pono ksiądz Skarga wyrazy równie ciężkie i sumieniami szarpiące książętom w twarze ciskał. Toteż kiedy Scholz pomstował na panów braci, do wtóru tego pajaca w mundurze, ojczyma i wystrojonego w koronki brabanckie Bronikowskiego, racji przeciwnej w duchu znaleźć nie potrafiłem, choć gęba inaczej dziamała. Jeno nie o kijach na chłopskim grzbiecie myśl pierwsza, kraj niech się wprzódy z prusactwa otrząśnie i wyzwoli, wtedy i o chłopach się pomyśli…

Śmierć matki zmieniła wszystko. Za intruza już mnie miano w tym domu, który jeno wyglądem zewnętrznym rodzinny przypominał, tak w nim wszystko ojczym poprzewracał, od tapet po meble; pokoju, gdzie z matką sypiał, nie tknął, czort wie czemu. W innych komnatach konterfektów z Królewca przywiezionych nawieszał, służby niemieckiej nazwoził, gdyby się to godziło i gdyby był zdolen, to i winorośl na ścianach by sprusaczył. Z księdzem-nauczycielem też mi się na dyskursa nie zbierało jak dawniej, gęby zaś niemczyzną strzępić nie chciałem, szukałem tedy fortuny po polach, gdziem za zającem ganiał albo na dziewki chodziłem, odkąd w Bydgoszczy smaku tego miodu starsi kompani z brygady Madalińskiego poznać mi dali.

Gdym się wyrwał z hurmy panów braci pod kościołem, poszarpany nieco i zmiętoszony, i gdy do dom wróciłem, czas już był ostatni, jako rzekłem, by w świat uchodzić. Nic tu po mnie – ot i kwita! Dąbrowski, mówią, w Italii wojsko polskie szykuje, hańba Polakowi dziewki macać i kuropatwy strzelać w niewoli.

Dominika żal było, gówniarza zatraconego, o którego matka przed śmiercią prosiła, bym go w opiekę wziął. Lubo go ojczym na swoje urabiał, ile siły, i krew matczyną zatruwał, to przecież serce w nim widziałem, a po matce polską duszę chwacką i nadzieję żywiłem, że mu się ta dusza nie spodli i że w przyszłości karku przed Prusakiem chylić nie będzie. Ano, wszystko w ręku Boga. W czuprynę go boćknąłem, zaklinając, by umiłowania Polski z duszy nie wypluwał i dalej ruszyłem.

Ojczyma ani widzieć chciałem po tym, jak na zacnego Zimorowicza gębę rozdarł. Zali to prawda, co mówią, że go do spółki z Scholzem wyżenęli z parafii? Że go aż tak nienawidzi, dowiedziałem się dopiero w czasie mszy. Późno! Dziwne to, sam, gdybym obcym był, w gębę bym lał za ten iście pruski wrzask, ale kiedy go szturchać zaczęli, nie zdzierżyłem – matki to przecież ślubny – i bić nie dałem. Już on, przy pomocy Scholza, zdrowo zapłaci i Czarnockiemu, i drugim, aż żal było narwańców, gdy człek pomyślał. Że przeciw jego paskudnej naturze nic bym i tak nie zdziałał, tedy uchodzić mi trza było, albo grzech śmiertelny na barki kłaść. I on, łotrzyk jakich mało, coś przecież ludzkiego wewnątrz dzierżył, bo choć zimną butą świecił na pogrzebie matki, a i przedtem jeszcze nie skąpił jej upokorzeń, w noc pierwszą po powrocie z cmentarza u siebie siedział jak martwy, głowę w dłonie skrył i jęczał głucho, aż żal serce ściskał.

Od Dominika wyskoczyłem i stąpałem korytarzem, bez światła, by domu nie poruszyć. Torbę wojażną u siodła konia zapiąłem, przy wrotniach go uwiązawszy, dwa kroki i już wszystkie drogi do Rzymu prowadzące są moje, choć przecież tę na Warszawę wybrać trzeba, dlaczego – jeszcze wspomnę.

Wtem ręka jakowaś biała wychynęła z ciemności i za ramię mnie ucapiwszy, nogi mi zatrzęsła, bo choć w duchy nie wierzę, widzieć chciałbym, który rycerz na moim miejscu, w mroku zupełnym, portkami by nie zatrząsł, zjawę takową widząc.

– Ktoś jest?! – szepnąłem.

– Hans, to ja, Hans…

Anna. Dyszała chutliwie waląc się na mnie i do kąta przypierając, rozmamłana, ciepła, w koszulinie tylko, trąc się jak kotka. Ogarnęła mnie taka wściekłość, że na moment zesztywniałem, bez ruchu stojąc, co ją pewnie ośmieliło bardziej.

– Hans… Hans…

Nie wiem, jak się stało, alem nagle prawą ręką uderzył jak gada. Poleciała w tył, tylko się biała plama zwinęła i rozpłynęła w mroku w hałasie okrutnym, bo też coś widać z komody zleciało, a ja już, z domu wyskoczywszy, gniadosza w bieg puściłem, bacząc, by o jaką gałąź nisko zwieszoną nie zawadzić głową, bo noc bezksiężycowa była i czarna.

– Zdrowa dziewka! – szumiało mi w łepetynie. Sam bym do niej zaszedł i nieraz, ale gdy spostrzegłem, że ją ojczym po matce w bety swoje wsadził… Batem bym siekł za matusię, za wszystko… Nienasycenica! Kląć począłem jak wściekły, a koń znać za poganianie to wziął, bo w galop taki wpadł, żem mu cugli przykrócić musiał, by w tej smole w dół jaki nie skoczył, kulasy łamiąc i mnie kark skręcając.

Noc minęła jak błysk. Anim się obejrzał, jak w Poznaniu stanąłem, atoli miarkując, że droga w wiosennej słocie to nie przelewki, a i w tylnej części ciała czując przebyty dystans, na przedmieściu Jeżyce szkapę Żydowi odprzedałem.

Z Poznania krytą bryką, w kurierskie konie uzbrojoną, przez Kostrzyn, Wrześnię, Słupię, Kleczewo, Kłodawę, Kutno, Łowicz i Błonie do Warszawy dotarłem, gdzie u Cisowskich, familii druha, któregom u Madalińskich poznał, gościnę serdeczną znalazłem. Trzy niedziele trwało, nim się Janusz o paszport dla mnie wystarał u Ormianina, który gardłem hazardując, papierki potrzebne za ciężki grosz preparował. Czas się nie tyle mnie dłużył, co Cisowskim, którzy niezbyt łaskawym okiem na moje podrygi ku córeczce Jadwisi spoglądali. Do śmiechów, tańców i po kątach szeptów panna skora była aż nadto, lecz dalej ani rusz! Oczkami przewracała zalotnie, atoli gdym ją raz w bawialni przycisnął, za staniczek chwytając, w gębę mnie strzeliła siarczyście i umknęła, zanosząc się od śmiechu. Nie było po co sterczeć dłużej, toteż nie dając się więcej skusić Januszkowi na warszawskie szaleństwa, choć pod Blachę usilnie mnie namawiał, ruszyłem na południe, przez Galicję przedostać się chciałem.

Wieczór był, gdy dyliżans do mieściny lichej dotarł, gdzie na komorze papiery widymować miano. Towarzysze moi – dwaj rozmowni kupcy podążający na Węgry, podstarzała kokietka z mężem i nudny urzędas wiedeński, który zapewniał gorąco, że cesarz z Bonapartem rozprawi się niechybnie – dla ogrzania się przed dalszą drogą pod dach się udali do poczekalni stacyjnej. Ja zaś w powozie, przezornie, jakem koncypował, zostałem, głupstwo czyniąc nie do wybaczenia.

Strażnik paszporty nasze zebrał, by je naczelnikowi komory do podpisu przedłożyć. Skuliłem się w kącie i drzemałem, kołysany nocną ciszą. Ocknąłem się nagle, widząc przed sobą rude wąsiska, nad którymi świeciły przenikliwe ślepia. W otwartych drzwiczkach dyliżansu stał mały człowieczek w wyszmelcowanym mundurze. Asystował mu drugi, młody i rosły człek, którego twarzy nie dostrzegłem zrazu, cofnął się bowiem, mnie zaś raziło światło bijące z okna stacji.

Chudzina przedstawił się jako naczelnik komory i przylepiając na licu blady uśmiech zapytał, czemu nie korzystam z kubka wina w taki ziąb. Odburknąłem, że nie pojmuję niemieckiego i udając rozespanie, wcisnąłem się głębiej w kąt powozu. Wtedy zbliżył się młody, Polak widać, bo gdy gębę w otwór drzwiczek wsadził, po naszemu zagadał:

– Waść gdzie jedziesz i po co?

– Do Krakowa, za interesami.

– Za jakimi interesami?

– Nie pańska rzecz! Paszport mam w porządku, to wystarczy!

Teraz dopiero spostrzegłem, że się bawi jakimś paszportem, zapewne moim, uderzając nim lekko o mankiet. Nagle przerwał, podniósł oczy, patrzył mi chwilę w oblicze i powiedział:

– Dość zabawy, panie Karśnicki. Nawet nasi przemytnicy lepiej podrabiają pieczęcie, a my szczególnie lubimy podróżnych, co tak zimno admirują, że nosa z dyliżansu nie raczą wychylić. No!

Rany boskie! Kochany Januszek klął się, że takiego paszportu sam Thugut w Wiedniu nie posiada. Że jest różnica, zrozumiałem teraz, gdy na własnej skórze miano mi to wykaligrafować. Rejterować nie było jak i gdzie – z drugiej strony powozu stał w drzwiczkach strażnik i uśmiechał się bezczelnie. Stąpnąłem na drewniany pomost przerzucony przez kałuże i – zanim strażnik przeszedł na naszą stronę dyliżansu – przyłożyłem pistolety fagasowi do brzucha, zaś naczelnikowi do siwego łba.

– Ano, dość zabawy, panie ładny!

Odwróciłem się do strażnika:

– Karabin praśnij i konia dawaj, albo dwa trupy pochowasz i sam naźresz się piachu!