Karśnicki stał, dysząc ciężko i wpatrywał się w ostatni taniec cesarskiego szwagra. Usta to otwierał, ukazując ni to uśmiech, ni grymas ponury, to zamykał, sapiąc ciężko przez nozdrza.

– Pomóż mu! – krzyknął Dominik.

Murat zabił jeszcze jednego Kozaka, był już bez czapki, laska straciła złotą gałkę, krwawił z lewego policzka, słabł…

– Dlaczego stoisz?! Janku!!! Pomóż mu, na Boga!!

– Milcz!

– Jankuuu!!! – Dominik chciał się unieść, lecz ból jak rozpalone żelazo zgiął go ku ziemi.

– Milcz, mówię!

Dominikowi mgła przesłaniała oczy. Przychodziła i odchodziła, a gdy odchodziła, mniej się pocił i widział cokolwiek. Szmata na piersi była sztywna od mrozu i zupełnie czerwona.

Murat miał już tylko dwóch przeciw sobie. Szablę przerzucił do lewej ręki, prawa wisiała bezwładnie, ranna lub zmęczona do krańca.

– Matka… matka cię przeklnie! Ty…! I Zimorowicz też…! I tyś o wolności prawił…

Kaszel suchy wstrząsnął ciałem Rezlera, a strużka krwi zaczęła zamarzać cienką nitką wylewającą się z ust.

– … Borkowi jeno radość czynisz… Tedy… tedy czyń! Za niewiastę się mścisz! Ty… zdrajco!!!

Głowa opadła mu na pień drzewa, aż się płaty białego puchu posypały z gałęzi na twarz. Starł je razem z krwią. Ciemność mroczyła mu wzrok.

Karśnicki musiał usłyszeć obelgę, bo drgnął, jakby przebudzony, dyszeć przestał, popatrzył bardziej przytomnie…

Murat miał już dość, zasłaniał się, nie atakował, zobojętniał prawie – czekał na koniec. Ale gdy szabla Kozaka nie trafiła i przecięła powietrze, odsłaniając na moment pierś wroga, dał się skusić. Ciął straszliwie, resztką sił, na nic nie bacząc i tym samym błąd czyniąc okropny. Ruch niezgrany z resztą ciała i nieprecyzyjny, dał drugiemu Kozakowi czas, by skoczyć Muratowi za pledcy…

Dłoń Karśnickiego opadła ku skórzanej cholewie…

… Szablę unieść, wziąć zamach taki, że szczyt ostrza zadu końskiego sięgnął, w strzemionach stanąć nad karkiem Francuza…

Murat dostrzegł kątem oka śmierć czającą się nad nim i w tym tysięcznym ułamku sekundy pomyślał, że nic już nie może mu życia darować.

Świst złowrogi i przeciągły jak szarpnięcie struny wyrwał Dominika z omdlenia… Kozak rękę jeszcze trzymał na plecy zagiętą do ciosu, lecz już bez szabli, a między łopatkami utkwiła, zdobna arabeskami o roślinnej miękkości linii, rękojeść owego noża, który zawsze budził w Dominiku trwogę, a który widział już po raz trzeci.

Murat w sekundzie swego ocalenia, nie wiedząc, co się stało, ale widząc zamarłego wroga, rąbnął go z półobrotu, na ukos przez szyję.

Karśnicki stał jeszcze wychylony do przodu, z ręką, której nie cofnął po rzucie, wyciągniętą. Ten obraz był ostatnim, jaki Dominik zachował w pamięci.

Nie widział już, jak zza lasu wyskoczyły gromady rosyjsko-polskich ułanów Szegulina, jak Murata i Karśnickiego, który zdążył wyrwać nóż z pleców trupa, porwał ów potok, jak brat głowę ku niemu obracał i krzykiem rozpaczliwym przyzywał, jak Polacy z Wielkopolski zaczęli się rąbać z Polakami z Litwy i z Ukrainy, przekleństwami ohydnymi w tym samym języku obrzucać… Nie widział wreszcie, jak stalowe kohorty jazdy francuskiej przełamały szyk rosyjski i przechyliły szalę na korzyść boga wojny.

Ocknął się w nocy, słysząc gwar głośny. Znajdował się w konwojowanej przez Kozaków kolumnie jeńców, na wozie wyłożonym słomą. Tych z pojmanych Francuzów, którzy mogli iść, pędzono obok wozów.

Gwar wznieciło kilku pijanych Prusaków z korpusu Lestocque’a, którzy nagle dopadli jeńców i zaczęli ich rąbać. Była wśród nich markietanka – ta dźgała bezbronnych bagnetem. Krzyk się podniósł, jeńcy zasłaniali się gołymi rękami i chowali za wozy, gdy wtem do oficera, który dowodził Prusakami, doskoczył dowódca eskorty, ściągnął Niemca z konia, szablę wyjął i tłukł co sił płazem po głowie, po plecach i gdzie popadło, klnąc straszliwie. Prusak zwijał się, nie mógł wstać z błota, krzyczał, o litość żebrząc. “Herr Leitnant! Herr Leitnant!”, łapał za nogi. Obok leżało dwóch zakłutych Francuzów.

Kozaka widać ogarnął szał, bo zaczął kopać bez litości.

– Wot tiebie! Wot tiebie! Ty plennych choczesz rubat?! Podliec!! Wot tiebie, job twoju mat! Wot tiebie…!

Dominik katowania i okrucieństwa wszelakiego nienawidził, ale teraz patrzył na Rosjanina z sympatią, z wdzięcznością, chciał mu coś rzec, lecz kolumna znowu ruszyła, wozem szarpnęło i stracił przytomność.


***

Spotkali się już po Tylży, gdy nastał powszechny pokój i gdy wolno puszczano jeńców po obu stronach. Padli sobie w ramiona i całowali się, szczęśliwi jak dzieci.

– Schudłeś na szczapę, nie pieścili cię Rosjanie?

– Co tam, źle nie było, odpocząłem przynajmniej, ha, ha, ha…

– A rana? Zagoiła się, mniemam…

– Prawie. Jeno kiedy zimno, to dokucza, ale co tam, nie to ważne. Nareszcie, Janku, nareszcie ją masz!

– Co nareszcie?

– Nareszcie masz… mamy ową Polskę wyśnioną, niepodległą, a w niej Wielkopolskę. Po tośmy walczyli, by nasza ziemia w Polskę wrosła, jako za dawnych królów…

– Ale nie wrosła. Wrosła… w Księstwo Warszawskie.

– Już tylko po tym, żeś zawsze niekontent, poznać można, żeś szczery Polak. Oj, Janku, Janku! Naród, patrz oto, z radości szaleje.

– Więc i ty szalej.

– Czego chcesz, do diabła?! Wtedy źle i teraz źle?! Kiedyż ci wreszcie dobrze na tym świecie będzie?! Gdy dziewkę ową, co łóżko z baldachimem nad twój siennik przedłożyła, odzyskasz?!

– Wara ci od niej! Ni słowa więcej! O Polsce nie praw, gdyś głupi! Ano księstwo masz, co mu nawet słowa “Polskie” w imię nie wrażono. Mocarstwa wielkie rodzą takie księstwa częściej, niźli kura jajo. A jajo łatwo rozdeptać, tym łacniej, jeśli się but nad nim zawieszony trzyma.

– Przestań! Oszalałeś chyba, mój bracie! Przecież kraj wolny mamy, wolny, rozumiesz, i poczekaj, z każdą wojną rosnąć on będzie i mocarnieć!

– Prawda, Dominiku, prawda. Widzisz, jestem zmęczony, już stary. Masz chyba rację, tylko ta Wielkopolska w Księstwie Warszawskim, na litość Boga!

– Na litość Boga, człowieku! Cóż znaczą nazwy, cóż wolałbyś? Księstwo wolne i niepodległe, jakie mamy, czy Polskę Polską zwaną, z pozorami wolności jeno?!

Milczenie ciężkie i pochmurne wbiło się między nich, aż po długiej chwili Karśnicki wydusił z siebie:

– Księstwo, księstwo, Dominiku.

Zakończenie

W 23 lata po wypadkach nakreślonych uprzednio – 8 grudnia 1830 roku – pięciu mężczyzn ubranych bogato, choć nie wystrojonych, a wszyscy sztywni i stremowani, czekało pod drzwiami gabinetu dyktatora Chłopickiego.

Generał Chłopicki wziął w swoje ręce ster powstania, które wybuchło w Warszawie w noc listopadową.

Tych pięciu ludzi było reprezentacją Wielkopolan – wówczas Polaków zamieszkujących Wielkie Księstwo Poznańskie. Mieli prosić dyktatora, by zezwolił włączyć się Wielkopolsce w nurt wspólnej walki narodu polskiego o wolną i zjednoczoną ojczyznę. Nazywali się: Ludwik Sczaniecki, Andrzej Niegolewski, Edward Potworowski, Dominik Rezler i Jan Karśnicki. Ten ostatni, ponad pięćdziesięcioletni mężczyzna o czerstwej twarzy – przewodził.

Przywództwo, na które go wysunięto, było oczywistym następstwem szacunku, jakim się cieszył. Niegdyś pono niezrównany zawadiaka, uczestnik Insurekcji Kościuszkowskiej, młodość strwonił na tułaczce po świecie. Bił się w powstaniu wielkopolskim za Napoleona, stawał dzielnie pod Eylau, a potem w 1809, gdy Księstwo Warszawskie powiększyło się znacznie i w 1812-1813, kiedy miało się jeszcze bardziej powiększyć i przemienić z obietnicy cesarza w wielką Polskę, a padło i rozsypało się w proch z woli losu. Gdy departament poznański zmienił się w Wielkie Księstwo Poznańskie pod panowaniem Prus, Karśnicki osiadł na koniec w rodzinnym Buszewie pod Szamotułami. Gospodarował na swej ziemi mądrze i nowocześnie, sprowadził z Anglii książki rolnicze i pługi szkockie, zakładał nowe, nieznane w Wielkopolsce uprawy. Pierwszy zniósł całkowicie pańszczyznę wśród swoich chłopów i częściowo ich uwłaszczył, co wywołało z początku wściekłe ataki szlacheckiej braci, a wkrótce poklask wzbudziło i uznanie. Mogło się wydawać, że polityka nie interesuje go zupełnie. Miał dwie namiętności: polowania i dzieci swego brata, Dominika Rezlera, z którymi bawił się bez końca i które niemożliwie rozpieszczał. Sam nie ożenił się. Zawistni szeptali, że pod Smoleńskiem kula trafiła go w męskość, lecz nawet ci, co tak mówili, nie bardzo wierzyli w tę bzdurę.

W początkach grudnia 1830 roku dotarły w Poznańskie wieści o wybuchu powstania. I wtedy stary Karśnicki drgnął, przebudził się, a poproszony, bez słowa wsiadł na konia i ruszył ku Warszawie. Wraz z nim podążał brat oraz Niegolewski, Sczaniecki i Potworowski. Wielkopolska dość już miała niewoli i doli sierocej.

Drzwi rozwarły się. Weszli. Chłopicki siedział za biurkiem, lecz gdy stanęli w świetle ościeży, wstał na moment i poprosił o zajęcie foteli. Spytał, czego chcą.

Usiedli z wyjątkiem Karśnickiego. On stał przez chwilę nieruchomo, jakby słów szukał i wreszcie zaczął, spokojnie, rzeczowo, później coraz żywiej i goręcej. Przedkładał, iż Wielkopolska stanie u boku Warszawy, że o jedną Polskę będą walczyć. Prosił o wskazówki.

Chłopicki milczał i cisza wydawała się już zanadto długa, denerwująca. Gdy odpowiedział, tamci czterej zerwali się na nogi.

– Moi panowie! Mam do czynienia z jednym cesarzem, z drugim nie myślę zadzierać! Z sąsiadem Polski, Wielkim Księstwem Poznańskim – wymówił to tak dobitnie, że aż obraźliwie – żył będę w spokoju. Zachowam wobec Księstwa taką politykę, jak Francja względem Belgów!

Sczaniecki wyprzedził innych:

– Generale! Belgijczycy nie są Francuzami, a my przecież jako i ty Polacy! Takiej krzywdy, by nas za Polaków nie uważać, nie wyrządzisz nam, na miłosierdzie boskie!

– Bez egzaltacji, moi panowie! Jesteście pruscy poddani z Wielkiego Księstwa Poznańskiego. I nie unoście się! Tu nie karczma!

Chcieli się rzucić z perswazjami, lecz Karśnicki jednym gestem zatrzymał ich w miejscu. Tak to uczynił, iż pojęli, że nic tu nie wskórają. Rękę opuścił powoli, postąpił dwa kroki do przodu, dłonie oparł na blacie biurka i patrząc w twarz siedzącemu dyktatorowi, rzucał słowa ciche, jakby intymne, miarowe jak kroki uderzające o posadzkę.

– Za Naczelnika, za Dąbrowskiego, za Napoleona wielkopolska ziemia budziła do walki naród cały, kolebką krwawą wolności była! Cesarz rękę nam Poznaniakom podał, niepodległość przyniósł, a ja głupi przez lata całe filozofowałem, bo mi się nazwy i granice nie podobały! Teraz przejrzałem! On Francuz był, a serca nam swego część oddał i wiary dochował, a ty, gadzie, Polakiem się mienisz i nas… nas chcesz w Prusaków przekabacić, bo ci się portki trzęsą wobec cara, bo nie wiesz, co czynić!

Chłopicki zerwał się siny i za dzwonek chciał chwycić, lecz siła wzroku Karśnickiego przykuła go na powrót do fotela.

– Mówisz: nie karczma tu. Prawda! Nie karczma, jeno targ, na którym przedajesz polskie serca i czucia, i narodem frymarczysz, by się za to migać przed carem! Przez takich jak ty upadnie ta insurekcja, ale ta nasza ziemia, wbrew tobie i tobie podobnym, polska jest, słysz: polska! I do Polski powróci!!!

Dopadł go brat, a za nim inni i odciągnęli go w tył. Chłopicki, ośmielony tym widać, ryknął na całe gardło:

– Precz z miasta! Spróbujcie zostać, to was Berlinowi wydam! Precz mi z oczu!

Zbiegli po schodach, po dywanie głuszącym kroki. Na ulicy Karśnicki wyrwał się towarzyszom i zniknął w tłumie.

Nie wrócił już nigdy.

Dominik Rezler i jego dwaj synowie wzięli udział w powstaniu, służąc w szwadronie poznaniaków. Chłopicki, udobruchany przez Chłapowskiego, pozwolił w końcu uformować taki oddział, z zastrzeżeniem, że szwadron będzie należał do stacjonującego w Warszawie pułku strzelców konnych i że nie będzie się nazywał formalnie “poznańskim”. O powstaniu w Wielkopolsce nie było mowy, nawet wówczas, gdy Chłopicki odszedł. Jego następcy woleli angażować się na Litwie.

Na wiosnę roku 1831, gdy powstaniem dyrygowali Skrzynecki i Prądzyński, Rezler, który poszukiwał brata na wszelkie możliwe sposoby i dowiedział się tyle tylko, że ostatni raz widziano podobnego człeka pod kościołem sakramentek na Nowym Rynku, otrzymał wiadomość o trupie w cywilnych łachach, wyrzuconym przez ruszające lody na wiślaną płyciznę. Pobiegł tam zaraz. Ciało było nierozpoznawalne, musiało długo moczyć się w wodzie, napuchnięte, fioletowo-przeźroczyste, w brudnych strzępach nijakiego koloru i z twarzą zmiażdżoną przez krę.

Rybak, który znalazł trupa, wyciągnął do Rezlera dłoń. Leżały na niej dwa przedmioty: egzotyczny nóż o szerokiej klindze i przedziwny, szczególnej roboty łańcuszek z nanizanymi miedziakami.

Obdarzony sakiewką ze złotem rybak, który widział łzy na twarzy Rezlera, rzekł później do swej żony:

– On go kochał.

– Pies z nim! – odrzekła rybaczka. – Czarcie nasienie! Ja znam ten diabli różaniec z krajcarów.

– Znasz?

– Widziałam go u tej starej cyganichy, żebraczki spod sakramentek. Nosiła go na łbie.

– Trzeba mu to powiedzieć!

– Ba! Ona nie żyje… Zdechła z zimna zeszłego roku. Ludzie znaleźli ją rano i mówili, że wieczorem rozmawiała z jakimś jegomościem o diabelskich oczach… Mówią, że to był czart i że zabrał ją ze sobą.

– Głupia! – rybak odwrócił się do pieca i wyciągnął zmarznięte dłonie w kierunku buzującego ognia.


Warszawa, grudzień 1970.