– Jaśnie panie! Panie Dominiku!

Z ciemności wychynęła gęba brodata i ośnieżona. Gil, fagas Jankowy. W lochu pono razem siedzieli. Dominik przyciągnął go bliżej.

– Widziałeś ją? Skąd się tu wzięła?!

– Nie wiem, jaśnie panie, ale znam ją. Cały Kraków ją znał. To Cyganicha, wiedźma, którą niegdyś w Krakowie pan Karśnicki zoczył, a która mu uroku zadała. Pfuj! – splunął z rozmachem – siła nieczysta! Ale tak se myślę, jaśnie panie…

– Panie poruczniku, psiakrew!

– Tak jest, panie poruczniku. Tak się ośmielam dumać, że tam lepiej nie zachodzić, bo brat pański ubije, choćby sam cesarz wlozł.

Widać to “cesarz” zbyt głośno wymówił, bo z mroku wyłoniła się trzecia sylwetka, warcząc: “Silence!” Ognik porcelanowej fajki dymił w sumiaste wąsy i oświetlał piękną, rozumną twarz.

– Ktoś jest?

– Dominik Rezler, adiutant marszałka Soulta. Podporucznik do dyspozycji sztabu.

– Co tu robi, u diabła, adiutant Soulta?!

– Melduję, że przybyłem do brata!

– Znaczy do kogo?

– Jan Karśnicki, dowódca trzeciego…

– Ciszej, synu! – wąsacz wytrzepał fajkę o dłoń, potem przygarnął Dominika i pociągnął za sobą. – Chodź do namiotu, ogrzejesz się… Praktyk losu przeklętego i tak nie zgłębisz. Bóg jeno wie, a i to niepewne!

Dominik nie chciał spać, chciał czuwać, czekać, aż brat się wyzwoli z tych białych ramion i wyjdzie z namiotu. Ale nie utrzymał powiek.

Gdy się obudził było jeszcze ciemno. Śnieg przestał padać i zastygł, a dalekie ognie placówek zlewały się z gromadą gwiazd, zacierając linie podziału czarnej przestrzeni. Przeciągnął się głęboko i wyszedł przed namiot. Załatwił się pod drzewem i skierował ku karecie, ale karety już nie było.

Gdyby nie głębokie wąwozy kolein, biegnące w kierunku, z którego wczoraj przyjechał, pomyślałby, że czarodziejka odfrunęła ku swojej konstelacji, na skrzydłach rumaków i w gwiezdnym powozie. Gdy podszedł bliżej, usłyszał pisk ośki oddalający się w dół, ku miastu. Widać kareta dopiero co odjechała, Jej ruch wyrwał go ze snu. A Janek?

Zanim zdążył podejść do wejścia namiotu, wewnątrz ozwał się głuchy, zwierzęcy ryk, furknęła kotara i Karśnicki wyskoczył na mróz, z nagą piersią i w rozchełstanej koszuli. Brata dopadł, za ramiona ścisnął i widać nie poznając, wycharczał:

– Gdzie onaaaa…! Dominik?

Ręce opadły. Dominik słowa nie wyrzekł, nie zdążył, bo już postać gibka jak chart z mroku zjawą skoczyła, Karśnickiego chwyciła za płótno koszuli, obie jej części na piersiach zwierając.

– Do namiotu!

– Karolu… ona, ona…

– Baczność! Szarżę znasz?!

– Tak? Tak jest, generale.

– Do namiotu mówię i w mundur! Mazgaj, sacrebleu!

Czarne wąsy drżały z pasji. Ale głos już łagodniał, do szeptu schodził:

– Widzisz, Jean… Murata niewolnica, złota jej nie dasz, a serce pewnie twoje. Trza kobiety znać, a któryż mędrzec je zna? Zostać przy tobie nie mogła, bo w noc byś ją kochał, a w dzień w klatce trzymał i przypomnieniem zadręczał. Zrozum…

Karśnicki schylił się w przejściu i zniknął w namiocie, a Dominik na konia skoczył i popędził do oddziału. Nad białą pustynią zaczynało szarzeć.


***

W kilkanaście dni później Bennigsen zdecydował się przyjąć bitwę.

Miasteczko, w którym krzyżowało się kilka dróg, w tym również ważny trakt strategiczny, prowadzący na Królewiec, leżało na niewysokim wzgórzu, zwieńczonym smukłą igłą gotyckiego kościoła. Dnia poprzedniego na ulicach padło pod kulami i bagnetami korpusu Soulta około pół tysiąca żołnierzy rosyjskich. Było to niewiele w porównaniu z ofiarami przeszłości. Było to nic w zestawieniu z hekatombą dnia, który budził się do życia.

Dzień ten – 8 lutego 1807 roku – obejrzał najbardziej krwawe widowisko militarne, jakie wystawiła sobie ludzkość od czasów narodzin. W tym zimowym spektaklu na polach Pruskiej Iławy, razem z ponad 150 tysiącami aktorów kilku narodowości, odegrało swoją rolę kilkuset “pospolitaków” wielkopolskich. Bili się o ojczyznę, więc zagrali dobrze.

Napoleon spał tej nocy w domu iławskiego pocztmistrza. Spał źle. Po czterech niespokojnych godzinach wstał z łóżka, poprosił o konia i ruszył pod górę, a potem lekko w dół, po pochyłości stoku, aż zatrzymał się na prawo od kościoła, na małym cmentarzu, wokół którego biwakowała piechota gwardii. Był zadowolony…

Rosjanie tym razem nie zrobili uniku. Cztery dywizje Bennigsena siadły okrakiem, w dwóch rzutach, na drodze z Iławy do Domnowa, trzy następne stały w odwodzie, razem z kawalerią. Łącznie, jak oceniali na oko sztabowcy cesarza, około 80 tysięcy nieprzyjaciół. Wywiad potwierdzał te dane. Napoleon, choć miał do dyspozycji niewiele ponad 50 tysięcy ludzi, nie widział powodów do niepokoju, aż do chwili, gdy kolejne doniesienia zapoznały go z faktem, iż przeciwko jego 200 działom Rosjanie wystawili aż 500.

Około siódmej rano Francuzi byli już uszykowani. Korpus Augereau w centrum, między Pruską Iławą a Rothenen, Soult na lewym skrzydle, a Davout na prawym. Murat warował ze swą jazdą z tyłu, na jeziorach, które tak były pokryte lodem i śniegiem, że nie dawało się ich odróżnić od całej równiny. Skrzydła ubezpieczały brygady lekkiej kawalerii, lewe – Lasalle, prawe – Marulaz.

Gdy punktualnie z wybiciem godziny ósmej działa rosyjskie zaczęły miotać pierwsze pociski w kierunku Francuzów i gdy ci ostatni żywo odpowiedzieli ogniem ze swych pozycji, Dominik znajdował się obok Soulta, w otoczeniu sztabu marszałka, na wzgórzu, z którego rozpościerała się idealna panorama białej sceny. Otaczała ich dywizja Levala. Po lewej stronie mieli młyn i za nim Lasalle’a, po prawej miasto i cesarza, a dalej już tylko śnieżną pustynię, z nielicznymi chałupami, płotami i pagórkami, na których stały rzędy czarnych punkcików. Punkciki błyskały raz po raz. Była to artyleria Bennigsena.

W momencie pierwszego strzału Dominik przestał myśleć o czymkolwiek innym. Stał się żołnierzem, jednym z masy, kółkiem mechanizmu całkowicie wprzęgniętego w rydwan bitwy. Z miejsca, w którym stał, widać było, że działa Rosjan czynią Francuzom niewielkie szkody, biją w mury, druzgocą gotyckie cegły wieży kościelnej, zrywają gonty. I na nich, na dywizję Levala, padały kule rzadko i niecelnie. Sanitariusze próżnowali.

Marszałek nie odrywał lunety od oka. Co chwila rzucał krótkie słowa-informacje, według których otaczający go oficerowie mogli orientować się w rozwoju poczynań cesarza. Szef sztabu nanosił spostrzeżenia Soulta na mapę.

Przed dziewiątą Davout zmiótł lewe skrzydło rosyjskie Baggavouta i trzymał się twardo we wsi Serpallen. W tym samym czasie uderzono i w nich. Essen zaatakował Levala. W sztabie Soulta panował całkowity spokój – domyślano się, że jest to ze strony przeciwnika zaczepne posunięcie o charakterze sondażowym i marszałek nawet nie musiał wydawać rozkazów w celu odrzucenia atakujących. Leval uszykował swoje dwie brygady, Fereya i Viviesa, w dwa zgrabne czworoboki i przyjął Essena taką lawiną ognia karabinowego, iż nieprzyjaciel podał bez zwłoki tył, zjeżdżając w dół, za rzekę.

Minęła dziewiąta. Widać już było wyraźnie, że ustępujące liczbą armaty Francuzów działają o niebo sprawniej od swych vis a vis i że koszą całe szeregi wroga. Cóż z tego, gdy Davout trzymał się na zdobytych pozycjach ostatkiem sił. Bennigsen widząc, iż ruch Davouta może spowodować zwinięcie całego szyku rosyjskiego, czynił nadludzkie wysiłki, by wyprzeć Francuzów z Serpallen. Od tamtej strony rosnący z każdą chwilą wiatr przynosił pierwsze, pojedyncze śnieżynki, potem całe ich chmury. Nad walczącymi ludźmi rozpoczynała swój taniec zawieja śnieżna. Szła w dzikich porywach od prawego skrzydła i Soult nie widział już Davouta, ale on sam i wszyscy, którzy go otaczali, czuli, że jeśli cesarz nie zareaguje, dywizje tamtego pękną pod naporem Ostermana i Boggavouta.

– Do diaska! Dlaczego cesarz nie ruszy centrum i nie zgniecie flanki tym “les Kozak”? – Soult wiercił się w miejscu, wściekły, że mu śnieżyca odbiera widok. – Czemu Augereau stoi?!

– Marszałek Augereau jest chory, wasza wysokość. Widziałem go wczoraj… ciężka gorączka, powieki opuchnięte, trzęsie go febra. – Mówił to szef sztabu, pochylony nad mapą, którą powoli przysypywał śnieg.

– To niech zejdzie z placu! Tam jest mój Saint-Hilaire i ja tam powinienem być! Ale On… On wolał Augereau… Zdechlak będzie kierować środkiem! – głos marszałka drżał z nie tajonej goryczy, a wyraz “On” wymawiał tak, że wszyscy pojęli, o kim mówi. Soultowi marzyło się dowodzenie centrum, jak pod Austerlitz.

Dominik wpatrywał się w wieżę kościoła. Dochodziła dziesiąta. Biały huragan szalał daleko, gdzieś nad Davoutem. Dominik wysilił wzrok. Tam w oddali coś się ruszało, jakieś ciężkie masy wojsk drgnęły i rozpoczęły marsz.

– Wasza wysokość!

Soult przyłożył lunetę do oka, odjął, przetarł rękawiczką ze śniegu i raz jeszcze przytknął.

– Centrum w ataku! Nareszcie! Augereau powinien zgnieść łajdaków!

Dwie dywizje Augereau – Desjardins i Hendelet – sunęły po białej płycie jakby ślizgiem, miękko i miarowo. Dominik nie mógł rozróżnić poszczególnych żołnierzy, z tej odległości widział zbite kolumny, schodzące w wąwóz, wyłaniające się z niego i maszerujące w kierunku pozycji Ostermana.

I wtedy stało się.

Wiatr zmienił nagle kierunek i zza pleców stojącej na wzgórzach artylerii rosyjskiej uderzył zamiecią w twarz zbitym masom francuskiego centrum. Obie kolumny szły dalej, otoczone przez białe szaleństwo śniegu, zbielałe i słabo widoczne.

Teraz, kiedy niebo i ziemia były białe tym samym odcieniem bieli, wydawało się, że tamci płyną zawieszeni w jednorodnej przestrzeni, jak napowietrzny okręt, cichy i bezskrzydły.

– Mon Dieu! – wyszeptał stojący obok Dominika szef sztabu, stary oficer w okularach, przypominający raczej profesora niż żołnierza. – Ils sont morts!

Dominik w pierwszej chwili nie pojął, dlaczego stary wyga mówi o ludziach Augereau jak o trupach. Soult również. Uwaga sztabowca zirytowała go i zareagował gniewnie:

– Comment? Tu es fou!

Soult jeszcze lub już nie dostrzegał tego, co się stało i teraz wbijał oko w szkiełko, jakby luneta mogła przebić śnieżną furię, kłębiącą się w oddali. Gdy odjął przyrząd, nic już nie mówił i stał, patrząc szeroko rozwartymi oczami i milczał jak inni. I on zrozumiał, że tamci to gromada szkieletów, która jeszcze maszeruje, ale skazana przez los – maszeruje ku śmierci.

Kohorty centralnego ugrupowania armii francuskiej, oślepione piekielną zadymką, zmyliły kierunek i nieświadome tego, brnęły mozolnie ku wzgórzom, wprost w paszcze rosyjskich dział.

Rosjanie, mając kurzawę w plecy, błyskawicznie podciągnęli olbrzymią baterię odwodu artyleryjskiego, przerwali ogień na całej linii i czekali. Czekali na ślepą zdobycz, która była coraz bliżej, bezbronna, obarczona okrutnym wyrokiem przeznaczenia. Ci przy działach wiedzieli już, że nie będą się bić, że są tylko plutonem egzekucyjnym i że wszystko, co im pozostało do zrobienia, to rozstrzelać zbliżające się tłumy.

Widok ten, ukazujący się jedynie momentami w migotliwych dziurach wytryskujących w płaszczu kołującego huraganu, był tak straszny, tak przejmujący swą milczącą grozą, że najstarsi żołnierze czuli, jak im się włosy jeżą na głowach.

Soult zrobił dwa kroki do przodu, zdjął kapelusz i otarł z czoła pot, choć zimno było przenikliwie.

– Czy On… czy On tego nie widzi? Boże, Boże! Masakra!!

– Masakra? Nie, mon marechal! – wtrącił sztabowiec w okularach – to się inaczej nazywa! To będzie rzeźnia. Powinno się ich cofnąć, ale jego cesarska mość nie dostrzega pomyłki w kierunku manewru… Tam też zamieć.

Dominik spojrzał w stronę kościoła. Iglica wieży ledwie majaczyła w białym odmęcie. Cesarz oślepł. Ale przecież oni widzą! Soult i… on! Skoczył do boku marszałka. Soult zrozumiał bez słowa, kiwnął głową i pchnął go ręką w kierunku konia.

– Spiesz się! Może jeszcze… Spiesz się, na Boga, spiesz!!!

“Spiesz się! Spiesz się!!” – leciały za nim okrzyki oficerów. Spieszył się jak nigdy. I nigdy chyba nie poruszał się tak wolno, tak rozpaczliwie powoli. Koń grzązł w zaspach, utrzymywanie kierunku zależało od szczęścia, huragan tłumił głosy. Gdyby działa rosyjskie zagrały, mógłby iść na słuch. Ale tamci milczeli, by podprowadzić Augereau pod sam nos stulufowego piekła. Dominik wiedział, że salwa, którą usłyszy, będzie oznaczała koniec centrum Napoleona, być może klęskę… Tyle od niego zależy. Siekł zad konia, choć z równym skutkiem mógłby siec lód. Byle zdążyć, może…

Nie zdążył. Dopadł pierwszych szeregów, gdy działa rosyjskie jeszcze milczały, ale było już za późno. Za późno było już wtedy, gdy Soult pchnął go do biegu, ale ani on, ani marszałek, ani nikt inny, żaden oficer ni żołnierz nie śmiał odrzucić nadziei. To, co mogło i co miało się stać, było koszmarem nie do wyobrażenia.

Dominik parł konia wśród kroczących wolno szeregów i szukał wzrokiem marszałka Augereau. Wiatr dął w sine, zziębnięte twarze, chmury białego pyłu zatykały oddech, gasiły oczy. Gdzie czoło? Podskoczył do oficera idącego z boku kolumny.

– Gdzie marszałek?!

Odpowiedzią był atak kaszlu i głowa bardziej jeszcze zwieszona w dół, tak by zamieć biła o kapelusz, a nie w obolałe lica.

– Ludzieee!… eee… eee… e! Ludzieee!!! Zatrzymajcie się! Tam śmierć! Ludzieee… ee!!!

Wył jak szaleniec, połykał śnieg i znowu wył. Gdy drogę zastąpił, uderzono konia bagnetem, przecinając zwierzęciu skórę na zadzie, że z kwikiem skoczyło w bok.

– Ludzieee… eee… ee!!!

Kilkadziesiąt kroków przed nimi zamajaczyły czarne zjawy. Ciemno było i nagle zrobiło się jasno. Z prawej strony sto dział rosyjskiego centrum Dochturowa plunęło morzem ognia w gęstą masę pierwszej kolumny. Sekunda i druga oślepiająca fala. To Tuczkow poprawił nową setką z lewej strony. Krzyżowy cios dział, ogniem bezpośrednim, na sto kroków!

Błysk skoczył ludziom pod powieki i dwukrotnie oślepił, a każdy z kartaczy – bo na taki dystans nie można było chybić – wyrwał w mięsie zbitych szeregów wąwóz czerwony, bluzgający wnętrznościami, kikutami, mózgami na mundurach, strzępami zamków i butów. Ryk armat, krótki jak wieczność tych co padli i ryk trafionego zwierza, zduszony przez zamieć.

Szeregi stanęły, bezładne, splątane, buchające krwią, przeczesane kartaczami jak orne pola ostrzami pługów. Krzyk strachu, ruch do tyłu w białą nicość i komenda zagłuszająca wszystko i wszystkich: