Świstanie ojcowego nosa dochodziło z lewej strony, gdzie wzrok Dominika nie sięgał. Podciągnął się ostrożnie, lekkim odbiciem pozbawił bose stopy oparcia i zawisł na okapniku, wsuwając głowę w ciepły półmrok wnętrza. Przechyliwszy się jeszcze bardziej, przebiegł wzrokiem po kotarze szerokiego łoża. Zesztywniał nagle, czuł, że ręce zaczynają mu drżeć, że mu coś wędruje pod gardło i płonie twarz. Zamknął oczy i zaraz odemknął je, bojąc się, że to, co zobaczył, umknie bezpowrotnie.

Włosy dziewczyny odcinały się ostro od włochatej piersi ojca, zrastając się gęstymi splotami ze zmiętą pościelą, brudną, zsuniętą na dywan, który mościł podłogę od ściany do ściany. Rybia biel brzucha i rozrzuconych bezwstydnie ud, lśniące fałdy kobiecego ciała, przygarniętego owłosioną ręką mężczyzny, przypominały Dominikowi obrazek z ukradkiem przeglądanego albumu, na którym mocarny pół-człowiek pół-diabeł, z kopytami i ogonem, obejmował otyłą kobietę obok źródła obrośniętego winoroślą. Jedynie piersi kobiece, tam nabrzmiałe, pełne jak melony, tu leżały płaskie i rozmyte, prawie niewidoczne.

Dopiero po długiej chwili zrozumiał, że patrzy na Annę, służącą-Niemkę, którą ojciec przywiózł wraz z Gretą, a która zawsze schodziła matce z drogi ze spuszczoną głową, jego zaś częstowała łakociami wyjmowanymi z kieszeni fartucha. Mimo to Dominik nie lubił jej, owszem, słodycze brał, czując dziecięcą intuicją, że się pozwala kupować, choć bez świadomości, za co i w jakim celu. Teraz zaś, wraz z falą gorąca, przyszło obrzydzenie, zaczęło go wypełniać, przemieniać w nienawiść, zrobiło mu się mdło, ale wzroku nie odrywał, jakby przykuty do oglądanej sceny.

Nagle ojciec ciężko się poruszył, przewrócił na bok i nie otwierając oczu począł sunąć ręką po udzie dziewczyny, sapiąc coraz szybciej i głośniej. Ta, przez moment jeszcze nieruchoma, fuknęła sennie, po czym uśmiechnęła się i przeciągnęła leniwie, wyprężając nogę i do reszty spychając pościel na podłogę.

Dominik nie wiedział, jak odpadł od okna, jak, zapominając o trzewikach, biegł przed siebie, nieprzytomnie, byle dalej, aż ocknął się na skraju gościńca, skąd widać było w oddali modry, zamglony pas jeziora. Szedł na przełaj, gramoląc się poprzez trzciny, płosząc dzikie ptactwo. Uświadomił sobie, że tej właśnie nocy, po raz pierwszy od czasu pogrzebu matki, nie płakał. I nie czuł teraz ani wstydu, ani nienawiści do Anny, a tym bardziej do ojca, wszystkie te stany opuściły go zdradliwie, pozostawiając na pastwę otępiałej świadomości, poczucia jakiejś dojrzałości, zrozumienia, a wreszcie zmęczenia i obojętności.

Spróbował rzucić parę kaczek po lustrze wody, po czym powlókł się do domu, w sam raz trafiając na chwilę, gdy Anna wymykała się z pokoju ojca, ziewając szeroko, w nocnej koszuli, z rozpuszczonymi włosami. Mijając go zaszczebiotała radośnie i poklepała po policzku spoconą, brzydko pachnącą dłonią. Nie uchylił twarzy.


***

Dźwięk wydobywany przez sztućce z talerzy i półmisków, brzęk szklanic i podniesione głosy pozwalały Dominikowi stać za niedomkniętymi drzwiami do dawnego pokoju matki i obserwować mężczyzn skupionych wokół długiego stołu o zaokrąglonych narożach i masywnych, rzeźbionych nogach, uformowanych ze zmniejszających się ku dołowi kul. Światło z nasyconych świecami kandelabrów rzucało głębokie cienie na twarze siedzących, a zarazem modelowało uroczysty nastrój, o jakim marzył ojciec, pokładający tak wielkie nadzieje w tej wieczerzy. Dominik, którego nie interesował temat rozmowy, wpatrywał się jak urzeczony w twarz brata, bladą, z wpadniętymi oczami.

Domyślał się, ile kosztowało ojca posadzenie pasierba, Jana, przy jednym posiłku z landratem Scholzem, człowiekiem wywierającym na starego Rezlera przemożny wpływ. Był z nimi również osobisty przyjaciel landrata – kapitan Ertli, grubas o nalanej, jowialnej twarzy i tonących w fałdach tłuszczu, choć niegłupich oczkach, oraz pan Bronikowski z familii podobno od dawna pozostającej w służbie elektora saskiego, a obecnie wiernej królowi, co landrat podkreślał przy lada okazji. Janek towarzyszył im i chociaż nie pił, to przecież jadł z apetytem, a sam fakt jego obecności był wydarzeniem wystarczająco niesłychanym, by Dominik warował pod drzwiami w napięciu, którego źródła tkwiły w całej atmosferze tego domu.

Pupil matki, Janek, syn Karśnickiego, pierwszego męża rodzicielki (dowiedział się o tym od Grety), nie demonstrował swej wrogości wobec ojca, częściej milczał, całymi dniami nic nie mówił, jadł sam, unikając ojca, lub znikał na całe tygodnie, nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z jakimi kompanami. Ojciec musiał ich znać, bo twierdził, że to banda buntowników, godzących w najjaśniejszego króla. A może brat naprawdę jest chory? Ojciec czasami mówił, że to wariat, ale Dominik nie bardzo w to wierzył.

Nieraz chciał podejść do starszego o dziesięć lat brata, porozmawiać o koniach i o polowaniu, ale pierwsza niefortunnie zakończona próba odstraszyła go na długo. Odezwał się wtedy przymilnie, ofiarowując się wyczyścić dwururkę Janka, ten zaś spojrzał nań zimno i odparł, że może czyścić strzelbę “swego ojca”, a od jego, Jankowej strzelby, wara! Zawziął się wtedy i poprzysiągł sobie, że już nigdy nie podejdzie do dryblasa i że gniewać się będzie do końca życia. Nie da się przeprosić, choćby Janek klęczał przed nim na kolanach, a nie wątpił, że moment taki przyjść musi.

Gniewał się dwa dni i bezwolny, przyciągany jakąś nieuchwytną nicią sympatii, znowu krążył koło brata, łudząc się, że ten zagadnie ciepłym słowem. Janek milczał, chociaż nie unikał wzroku Dominika i z każdym dniem stawał się bardziej daleki. Pisarz dworski, Borek, rozpowiadał nawet, że Janek chadzał do buntowników, w co Dominik nie wierzył, aż do chwili wieczornej rozmowy, gdy wracali bryką do dworu w Buszewie.

Ten oto, znienawidzony przez ojca, landrata i zapewne oficera jego brat, siedział teraz pośród nich, wzbudzając tym samym sensację w całym domu, od Dominika począwszy, a skończywszy na Annie, która usługiwała do stołu, wpatrzona na przemian w twarz Janka lub ojca.

Odbite od metalu światło świec lizało oblicza siedzących, sprawiając igrającym cieniem wrażenie ruchu warg, nawet wtedy, gdy nie mówili nic. Ta pantomima ust, polerowanych żółtym blaskiem, fascynowała Dominika bardziej niż treść rozmowy, zrazu nudnej, tyczącej ojcowskich interesów.

– Takich jak pan, Rezler, to ja bym kupił worek cały, całe południowe Prusy od Odry po Wisłę, zasiedliłbym lojalnymi poddanymi króla, starostwa na amty poprzewracał i porządek ku chwale monarchii utrzymał! Durna ta wasza szlachta “gospodarze kraju” pożal się Boże! Nie, nie o was mówię – odwrócił twarz ku Rezlerowi i Bronikowskiemu – i nie o braciach protestanckich, którzy mądrzejszymi oczami na świat patrzą i wiedzą, kiedy i co cesarskiego cesarzowi oddać należy, a gospodarki haniebnie dla zbytków nie zaniedbują. Ale ilu takich?! Pan, panie Rezler – Scholz mówił tak szybko i tak gwałtownie, że drobinki śliny wytryskiwały mu z ust – pan gorzelnię pierwszą wybudowałeś, udziały w sukiennictwie Leszna, Rawicza i Wschowy posiadasz, pan starasz się manufaktury zakładać, zboże ku morzu ślesz, a pański sąsiad, arystokrata, panek zasrany, tyłkiem się nad pana wynosi, bo on, słuchaj, Ertli!, on gardzi przemysłem, handel i rzemiosło za zniewagę ma, za plamę na swoim honorze, on się w Żyda, rozumiesz, bawić nie chce! Zapijać się będzie jak bydlę, burdy czynić, chłopa na śmierć skatuje i tak ciągnie, z dnia na dzień, od rebelii do wesela, a od wesela do rebelii, rycerz pieprzony!!! Dziadują, ledwie zipią, o pożyczki u bankierów naszych żebrzą i hipoteki obciążają tak, że skarz mnie Bóg! Nie spłacą się do sądu ostatecznego, ale popatrz, honor pielęgnują! Honorem hipoteki nie odciążysz, choć niejeden i na to by przystał!

– Prawda jest – Bronikowski odezwał się z pełną gębą, żując i na przemian wyciskając wyrazy – prawda, ośmielę się zauważyć. Nieróbstwo, swawola i niekarność to choroby toczące naród jak czerw, który drzewo piłuje. Gospodarka święta rzecz, ziemia nasza potrzebuje…

– Czego ziemia nasza potrzebuje najsampierw, nie tacy jak pan, mości Bronikowski, wykładać będą! – przerwał Janek.

– A jacy?! Że co, protestanci nie mają prawa wedle was, bo wiara inna? Jeden jest Bóg i my wszyscy synowie tej ziemi. I… nie o to, ośmielę się zauważyć, chodzi. Ojczym pański, katolik, jako i inni, jednako nie jak inni, lecz o stokroć lepiej gospodaruje, sobie i królestwu dostatku przysparzając.

– Nie o wiarę tu chodzi, nie udawaj pan głupiego!

– Tedy o co waści idzie? Co byś nie prawił, panowie bracia rujnują kraj i samych siebie, ośmielę się zauważyć. Pan landrat ma rację świętą w tej materii.

– Bydło! – Ertli czknął i popił winem. – Podatków płacić nie łaska, bo, jak mówią, chłop im nie pracuje, jak należy. Jak ma pracować, kiedy pierze zeń żywcem drą? W Dobrojewie dziedzic kmiotka tak batem popieścił, że mu żebra przez mięso na grzbiet wylazły, ot mi sposób…

– Zły sposób, kapitanie? Z dobrej jednak szkoły wzięty! – wtrącił Janek. – Trzy niedziele temu widziałem – słowa padały z takim impetem, że Dominikowi zdawało się, iż miotają płomieniami świec, czyniąc bardziej nerwowymi cienie na twarzach – widziałem, jak przeszedł przez kije wasz żołnierzyk. Dwa szeregi…

– Co znaczy wasz!? A pański, panie Karsnycky, bo nie wiem, czy Rezler zwać się zezwolicie, choć to zaszczyt być wam powinien, zważywszy zasługi ojczyma, a wasz to nie?! Ktoście więc? Czyj poddany? – wyrzucił z siebie landrat.

– Pan wie najlepiej, czyj. Niech będzie, że i mój to był żołnierz. Żaden żołnierz nie godzien takiej pieszczoty, że nazwę jak pan kapitan, i nie żebra wtedy przez mięso wylazły, bo już i co wychodzić nie miało! Do połowy szeregu żywy nie dojechał!

– Gdzie?! – Ertli stężał momentalnie, a oczy wypłynęły mu z fałd skóry, lepiej i bystrzej widzące.

– W Poznaniu, na rynku. Niejeden żołnierski balet wśród kijów oglądały ściany placu. Panu to trzeba mówić?

– Żołnierz to żołnierz, niesubordynacja grzech śmiertelny! I koniec! – Ertli uderzył ręką w stół, aż kieliszki podskoczyły i zabrzęczały chórem.

Dominik skulił się w przypływie strachu. Ale wciąż był jeszcze pod wrażeniem niemczyzny brata, tak poprawnej, jakiej z ust jego nigdy nie słyszał i swobody, z jaką Janek siedział za stołem i perorował do rzeczy. Że za spokojem tym kryje się czujność zwierza gotowego kąsać, Dominik wiedzieć nie mógł. Ojciec wiedział. I już kolejkę nową rozlewał, do kiełbas i ogórków zapraszał, łagodząc, na gospodarski temat wracając.

– Ma pan rację, Herr Scholz, prawda to, chłop też człowiek i że urząd pruski w opiekę go bierze, chwała królowi. Tylko że kanalie jednym żyją, jedno z mlekiem matki ciągną, jedno we krwi mają, jak od pańszczyzny uciec, jak się migać, jak…

– To pańszczyznę na czynsz zamieńcie! – warknął landrat.

– I bez tego wzbogacić się można łacno, kłopotów na głowę, ośmielę się zauważyć, nie ściągając. – Bronikowski gestykulował zawzięcie ręką wolną od kieliszka. – Trójpolówkę wprowadzić nie tak znowu trudno, radzę panu spróbować, panie Rezler. Kilku innych panów braci, trzy kalwińskie rodziny, sąsiedzi moi, lepszy jeszcze środek odnalazło. Miast zboża, którym chłop ich do tej pory się pożywiał, ziemne bulwy, owe kartofle, które pono sam Kolumbus z Ameryki przywiózł, pejzanowi nakazali sadzić i spożywać przez rok okrągły. Kartofle na gruncie lichszym niż pszenica rodzą się bogaciej, przeto, ośmielę się zauważyć, chłopu ziemię, którą dla siebie uprawia, można uszczuplić, bo mu teraz tyle co wprzódy nie trza. Dwór się na tym tylko bogaci i w ziemię obrasta… A kartofel ów, ośmielę się zauważyć, smaczny jest, sam go nieraz kosztowałem. Co do czynszu, nie przeczę, być może, być może…

– Nie takie to proste i niejeden zęby sobie połamał. Pańszczyzna to dobra machina, ale i to prawda, że czasami kijem naoliwić ją trzeba! – Rezler odpowiadając Bronikowskiemu, choć do landrata słowa te kierował pośrednio, śmielszym był i pewniejszym w głosie.

– Ja panu, Rezler, kijów, co na grzbiety pańskich ludzi spadają, nazbyt skrupulatnie rachował nie będę – powrócił do rozmowy Scholz. – Wasza rzecz. Ale krzywdzić chłopa zanadto, wbrew ustawom, nie dam! Żenić się prawo mają, rugować też nie wolno, chyba takich, jak owi, co ongiś do Dombrowsky’ego poszli – Scholz spojrzał znacząco na młodego Karśnickiego, ale ten udko kuraka obgryzał ze stoickim spokojem – i którzy teraz w lochach naszych bawią… Ha! Trzy lata już mijają, jak im nasi skórę przetrzepali!

– Nie wasi, tylko Suworow, to raz. A ślady trzepania pan kapitan jeszcze dzisiaj na czole ma wypisane – cedził Janek z jawnym szyderstwem.

Milczenie trwało chwilę, ale Dominik czuł, że skóra mu cierpnie.

– Z pułkownikiem Szekelym Bydgoszczy broniłem! – wykrztusił Ertli, pijany już dobrze, bo mu głowa latała na boki.

– Słaboście jej panowie bronili. Dąbrowski i Madaliński rozdeptali was w dwie godziny, a pan pułkownik, “lumen mundi a belli” zwano go, choć Polaków nienawidził jak własne wszy, zanim do piachu poszedł, u stóp generała Dąbrowskiego czołgał się i o litość błagał.

– Kłamstwooo!!! – Ertli poderwał się siny.

– Dla jednych kłamstwo, dla drugich prawda, bardziej gorzka niż ta pejsachówka, którą popijacie, mój panie – Janek chyba prowokował i Dominik czuł, że nieszczęście czai się w mroku.

– Ładnie umiecie bajać, panie Karsnycky – to Scholz rozładował napięcie. Trzeźwy był jeszcze, choć sporo wypił i uśmiechał się teraz przymilnie, mrużąc chytre ślepia. – Tylko skąd tak dokładne wiadomości? – landrat pochylił świdrujący wzrok w kierunku Janka, kręcąc na palcu łańcuszek monokla.

– Wiatr niesie, ludzie gadają, cały Poznań o tym trzepie, ot i do mnie dotarło – brat wycierał usta serwetą, a może chował uśmiech, Dominik nie zdążył dostrzec, gdyż z tyłu, za plecami, usłyszał kroki. Odskoczył za kotarę, w samą porę, by nie zauważyła go Greta, która wśliznęła się do komnaty. Na palcach podeszła do drzwi i zajęła miejsce Dominika.

Teraz już niewiele słyszał. Landrat proponował coś Jankowi, jakąś służbę czy urząd, ten jednak odmówił, mimo iż ojciec i Bronikowski żarliwie go do tego nakłaniali. Potem już nic nie było słychać. Dominik, któremu nogi drętwiały, złościł się w duchu na Gretę, bezradny aż do chwili, gdy ręką natrafił na szklaną kulę zwisającą na końcu sznura od kotary. Zdjął ją szybko i krótkim ruchem ręki cisnął w przeciwległy kąt pokoju. Zamarł… Kulka odbiła się od poręczy fotela i grzmotnęła w boazerię. Greta odskoczyła jak oparzona i w chwilę później Dominik był już sam.